Ambasador bez szofera – wywiad z Pawłem Małaszyńskim

avatar
Rafał Pazura
25 stycznia 2011

Paweł Małaszyński – aktor filmowy i teatralny, frontman rockowej kapeli Cochise. W rozmowie z portalem TestySamochodowe.pl opowiada o swoich doświadczeniach motoryzacyjnych oraz o tym, dlaczego zdecydował się zostać ambasadorem marki Lexus w Polsce.

Styczniowy wieczór, wejście do Teatru Kwadrat w Warszawie. Podjeżdża grafitowy Lexus IS220d. Wysiada Paweł. Uśmiech, uścisk dłoni i szybko wchodzimy do środka. Mamy niewiele czasu, bo za godzinę aktor musi być gotowy, by wyjść na scenę. Występuje tu od wtorku do niedzieli. W tym tygodniu – „Berek, czyli upiór w moherze.” Na sztukę ciężko dostać bilety, codziennie jest komplet publiczności.

TestySamochodowe: Diesel, 177 KM? Myślałem, że preferujesz coś mocniejszego…
Paweł Małaszyński: Jestem spokojnym kierowcą. Poza tym, jak na polskie realia, mocy jest w sam raz.

Myślałem bardziej o tym, że młody, popularny, aktywny zawodowo aktor, musi lubić czasami poczuć adrenalinę. Poza tym kłóci się to ze stereotypem gościa z duszą rockmana.
Adrenalinie daję upust na scenie. Za kierownicą staram się nie ryzykować. Przyznam, że wręcz nie lubię szybkiej jazdy. Jeśli się nieco rozpędzam, to tylko tam, gdzie wiem, że mogę, np. na autostradzie czy na ekspresówce. Może nie uwierzysz, ale ja w ogóle nigdy się nie spieszę. Bo to nie ma sensu. Bezpieczeństwo jest najważniejsze. Nie tylko mojej rodziny, ale też i moje. Chcę jeszcze trochę pożyć.

Trudno uwierzyć, że kiedy nie miałeś jeszcze żony i synka, nie odbijała ci szczeniacka palma za kółkiem.
Nie, bo nie miałem prawka (śmiech).

???
Powiem więcej – bardzo długo nie chciałem zrobić prawa jazdy. Nie kręciła mnie po prostu jazda samochodem. Zawsze wolałem być pasażerem.

Chyba nie chcesz powiedzieć, że przyłożono Ci broń do skroni i rozkazano zrobić prawo jazdy?
Prawie zgadłeś (śmiech). Musiałem je zrobić ze względu na rolę w „Oficerze.” Maciej Dejczer (reżyser „Oficera” – przyp. red.) powiedział, że nie będziemy kręcić scen z samochodami jeżdżąc na lawecie, tylko kamery będą mocowane na samochodach. Musieliśmy więc umieć jeździć. My, czyli ja i Borys Szyc, który także nie miał wtedy prawa jazdy, a obaj dostaliśmy przecież główne role w tej produkcji. Nie miałem nawet pojęcia, co to jest sprzęgło, gdzie jest gaz, hamulec, jak się zmienia biegi. Absolutnie miałem dwie lewe ręce, jeśli chodzi o prowadzenie samochodu. Nie było wyjścia, czas nas gonił i trzeba było się zdyscyplinować, skupić, sumiennie przyłożyć do kursu, by zdać egzamin jak najszybciej. Na szczęście udało mi się zmieścić w terminie i dwa tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć odebrałem prawo jazdy. To było na początku kwietnia 2004 roku.

Malaszynski-1

Faktycznie, dość późno zostałeś kierowcą. Teraz jednak jeździsz non stop?
To prawda, jednak naprawdę wcześniej nie miałem ciśnienia, by jeździć autem. Moja żona Asia jest świetnym kierowcą. Ma prawo jazdy od 18-tego roku życia, więc to zawsze ona prowadziła. Odkąd sam zasiadłem za kierownicą, moje podejście do tematu się zmieniło. Bardziej boję się jeździć jako pasażer. Odczuwam lęk, że nie znam kierowcy, nie panuję nad autem, nie mam wpływu na to, co może się stać. Szczególnie nieswojo czuję się w dłuższych trasach, np. jak przemieszczam się z ekipą filmową z planu na plan. Często jeździmy nocą, przychodzi zmęczenie, głowa się zsuwa, oczy zamykają. Niby zasypiam, ale nie jest to tak do końca sen. Podświadomie jednak ciągle słyszysz i czujesz, że jesteś w samochodzie, czujesz się niespokojnie. Wcześniej nie miałem z tym problemu. Jeździłem z tatą, z moją siostrą czy żoną. Odkąd jednak mam prawko, czyli od ośmiu lat, to absolutnie mogę zaufać tylko sobie. Więc teraz, kiedy jedziemy w góry czy nad morze, to ja prowadzę. Tylko wtedy czuję się pewnie.

Pierwszy własny samochód…
Opel Astra. Dostaliśmy go z żoną niejako „w spadku” po moim teściu, który zamienił go na nowe auto. To była wiekowa Astra, bardzo spartańsko wyposażona.

A kolejne auta?
Po serialu „Oficer,” kiedy urodził mi się syn, stwierdziliśmy, że musimy zmienić auto. Wiedzieliśmy, że będziemy dużo więcej jeździć na trasie Warszawa – Białystok. Stare auto, na tak intensywną eksploatację, nie nadawało się, bo nie było odpowiednio bezpieczne. Wybór padł na Renault Thalia. Auto może nie było najpiękniejsze, ale za to praktyczne z punktu widzenia młodej rodziny. Jadąc na weekend do Białegostoku mogliśmy zabrać wszystkie rzeczy niezbędne dla małego dziecka. Podobnie, gdy wybieraliśmy się na wakacje, wszystko bez problemu się mieściło, bo auto miało naprawdę spory bagażnik. Wybór kolejnego auta, także podyktowany był względami rodzinnymi. To był Ford S-Max, który oferował dużą przestrzeń i potężny kufer.

Samochód to dla Ciebie tylko „blacha i cztery koła,” czy może coś więcej?
W tej chwili nie wyobrażam sobie życia bez samochodu. Nigdy jednak nie interesowałem się autami na tyle, by kupować jakieś pisma, nie śledzę też rynku. Oczywiście są fury, które lubię, którymi chciałbym pojeździć. Samochód jest mi jednak potrzebny do bezproblemowego i komfortowego przemieszczania się. To, co jest dla mnie najważniejsze w moim aucie, to przede wszystkim bezpieczeństwo, niezawodność, cisza oraz wygląd.

Uchodzisz w branży za osobę niezależną, która starannie dobiera sobie role, nie bierze wszystkiego co dają. Nie widać Cię w reklamach.
To prawda, czuję się niezależny, trochę na bakier z tym całym showbiznesem, w którym egzystuję. Staram się robić to, co lubię. Nie tracę czasu na rzeczy, które są mi zupełnie obce, albo które kompletnie mnie nie bawią w tym zawodzie. Dlatego nie robię rzeczy, które się ze mną kłócą.

W takim razie dlaczego zgodziłeś się firmować swoim nazwiskiem akurat Lexusa?
Właśnie dlatego, bo uważam, że będąc twarzą tej marki w Polsce, nie muszę niczego udawać. Nie ukrywam, że miałem dużo lukratywnych propozycji reklamowych tego typu i z nich rezygnowałem. Jeżeli bym wyczuł, że jest coś nie tak, to bym się na taką propozycję nie zdecydował. Z Lexusem jest zupełnie inaczej. Okazało się, że mamy podobne spojrzenie na te sprawy.

Jakie sprawy?
Lexus podobnie jak ja, jest ostrożny. Zauważ, jak rzadko bierze osoby na ambasadorów swojej marki. Wcześniej był nim Michał Żebrowski, potem przez kilka lat nikogo nie było. Myślę, że musieli mnie obserwować, mój wizerunek medialny i zauważyli, że chyba pasujemy do siebie. Bardzo ucieszyłem się na tę propozycję, ponieważ Lexus, to … Lexus. To klasa. Dla mnie marka ta utożsamia pewien rodzaj pożądania życia. Kojarzy się z czymś wyrafinowanym, ze stylem, który ja lubię. No i od lat cholernie podobają mi się auta Lexusa. Trafia do mnie ich estetyka, są nowoczesne designersko, ale klasyczne w formie, jakby ponadczasowe. Duży wpływ na decyzję zostania ambasadorem marki miał dla mnie fakt, że Lexus tak bardzo dba o ekologię promując pojazdy hybrydowe.

Malaszynski-2

Paweł Małaszyński je tylko warzywa i przykuwa się do drzew, gdy chcą je wyciąć, by budować obwodnicę?
(Śmiech) Ortodoksem w tej materii nie jestem, ale bliskie są mi idee, które promują ochronę przyrody. Środowisko zawsze było, jest i będzie dla mnie czymś bardzo ważnym. Może dlatego, że pochodzę z Białegostoku, z tzw. płuc Polski, gdzie zawsze jest świeże powietrze, dużo zieleni. Warszawa pod tym względem jest zupełnie inna. Zresztą ostatnio oglądałem na TVN24 program, w którym ogłoszono wyniki rankingu pt. „w jakim mieście żyje się w Polsce najlepiej”. Na pierwszym miejscu był właśnie Białystok, który szczególnie korzystnie prezentuje się w temacie dbałości o środowisko. Osobiście staram się wspierać takie organizacje jak np. WWF, która walczy o Puszczę Białowieską. Dla mnie to jest bardzo ważne. Dlatego m.in. zostałem ambasadorem Lexusa CT 200h, który będzie pierwszym na świecie autem w pełni hybrydowym oferowanym w kompaktowej klasie Premium.

Hybryda sprawdza się najbardziej w mieście
A ja właśnie najwięcej jeżdżę po zakorkowanej stolicy. Jestem przekonany, że Lexus CT 200h to optymalny wybór właśnie do tego typu miast. Do 45 km/h auto może jechać na krótkich dystansach tylko „na prądzie,” nie emitując żadnych nieczystości, nie spalając paliwa, w absolutnej ciszy.

Czy miałeś już okazję nim jeździć?
CT 200h widziałem tylko raz na żywo. Był to pokazowy model, który specjalnie przyjechał z Japonii. Siedziałem w nim około 10 minut. Nie mogę już doczekać się na swój, który odbiorę prawdopodobnie w połowie marca. Być może będzie to jeszcze przed imprezą Lexus Fashion Night, w której będę uczestniczył. Mogę już chyba zdradzić, że gwiazdą tego wieczoru będzie Milla Jovovich. Lexus co roku zaprasza na tę imprezę światową gwiazdę. Wcześniej były to np. Sharon Stone, Naomi Campbell.

Oprócz ekologii i pozytywnych skojarzeń z marką, co jeszcze sprawiło, że właśnie Lexus namówił Cię do współpracy?
Ja robię małe, ale przemyślane kroki w życiu. Dla mnie niezwykle ważne jest to, z kim współpracuję. Tak się składa, że w Lexusie poznałem fantastyczną ekipę, z którą od razu złapałem kontakt. Zrodził się bardzo fajny układ partnerski, a ja czuję się wobec siebie bardzo fair. Chcę to robić. Pasuje mi to. Odpowiada mi ta klasa, ten styl, ci ludzie, ten samochód. To są naczynia, które się ze sobą łączą i wytwarza się z tego finalnie bardzo pozytywna chemia.

Jakim jesteś kierowcą? Potrafisz krytycznie spojrzeć na swoje umiejętności?
Jak już wspomniałem – spokojnym i rozsądnym. Co nie znaczy, że nie zdarza mi się popełniać błędów.

A jak Twoje konto punktowe?
Mam ich trochę. Najczęściej za przekroczenia prędkości. Mimo, że jeżdżę spokojnie, zdarza mi się czasem bardziej nacisnąć na gaz, niż jest to dozwolone. No i parę razy „zapunktowałem”. Zapewne mówi to każdy w wywiadach, ale ja naprawdę nie błagam i nie mówię, że „jestem Pan Małaszyński i proszę mi darować.” Uważam, że trzeba ponosić konsekwencje tego, co się zrobiło. Jak przekroczyłem prędkość to przekroczyłem. Dostaję mandat, płacę. Trudno, zdarza się. Ponieważ jednak moje wykroczenia nie są jakieś szokujące, więc bywało, że policjant dał mi tylko upomnienie.

Grając w filmach akcji wielokrotnie widać, że prowadzisz auto. Od którego momentu zamiast Ciebie prowadzi kaskader? Czy reżyserzy dopuszczają w ogóle do jakichkolwiek, choćby odrobinę niebezpiecznych sytuacji?
Oczywiście zawsze robią to za nas zawodowcy. Myślę, że nawet nie pozwolono by na to, aby aktor wykonywał jakieś trudne i niebezpieczne manewry. Choć przyznaję, że życie bywa nieprzewidywalne i pisze czasami zupełnie nowe scenariusze…

Brzmi intrygująco, opowiadaj…
W serialu „Twarzą w Twarz” spotkała mnie nieprzyjemna przygoda. Kręciliśmy ostatni odcinek pierwszej serii. W jednej z finałowych scen, auto które prowadziłem miało uderzyć w cysternę, a samochód miał eksplodować. Zdjęcia odbywały się skoro świt na lotnisku na warszawskim Bemowie. No to kręcimy. Ja za kierownicą, pusty pas startowy. Założenie było takie, że do pewnego momentu prowadzę ja, a potem czarną robotę odwalają kaskaderzy. Akurat nie mogli mnie zastąpić w całej scenie, bo kamera była umiejscowiona na masce samochodu i skierowana na mnie. Obok siedział operator, a z tyłu reżyser Patryk Vega. Prowadziłem jakiś zdezelowany samochód, nawet nie pamiętam jakiej marki, miał przecież za parę chwil się spalić. Rozpędziłem auto do pewnej prędkości i zgodnie ze scenariuszem miałem robić takie lekkie zwody, jakby slalom. Później zawodowcy w tym samym aucie pokazywani z lotu ptaka, także robiąc podobne manewry, mieli się obijać o inne auta, a na koniec walnąć w tę cysternę. Potem montaż i scena gotowa.
Więc prowadzę i nagle czuję, że zaczynam sunąć bokiem. To były ułamki sekund. Zdarzyłem krzyknąć do wszystkich – „trzymajcie się!” Zjechaliśmy bokiem z pasa i poderwało nas do góry ze sporym impetem. Spadliśmy na dach. Na początku zacząłem się histerycznie śmiać. Dopiero po chwili zobaczyłem pocięte ręce, pełno szkła i poczułem, że bark cholernie mnie boli. Wylądowałem więc w szpitalu. Na szczęście nikomu innemu nic się nie stało. Ja miałem tylko wybity bark.

Trauma?
Nie, ale zdaję sobie sprawę, że mogło się to dużo gorzej skończyć. Jedna kamera poszła do całkowitej kasacji, ale nagrany materiał został uratowany. Co ciekawe, sekundy przed wypadkiem zostały nawet wmontowane do filmu. Podobno bardzo naturalnie zagrałem (śmiech). Teraz można się z tego śmiać, ale prawda jest taka, że było to niebezpiecznie.

Co się w ogóle stało, że auto wymknęło Ci się spod kontroli? Nie jechałeś przecież szybko.
Okazało się, że na pasie startowym była jakaś duża plama oleju. Jak tylko na nią wjechałem, momentalnie auto zaczęło ślizgać się jak na lodowisku.

Dzielisz życie między Białystok i Warszawę. Jak Ci się jeździ po stolicy?
Najgorsze są wyjazdy weekendowe, kiedy jedziemy do Białegostoku. Przebić się w piątek przez Marki to horror. Potem już jest super nowa trasa długości około 50 km. Byle wydostać się z Warszawy. Jeżeli chodzi o stolicę, to wiadomo – korki, remonty, place budowy, jest ciężko. Musimy to jednak wszystko przetrwać. Jakoś wytrzymać do EURO. Muszą wreszcie zrobić te drogi, nie ma innego wyjścia. Podchodzę do tego z rezerwą i cierpliwie czekam na moment, kiedy będziemy mieć piękne trasy przelotowe przez Warszawę. Tego najbardziej zazdroszczę innym nacjom, gdy jestem za granicą.

Jakiej muzyki słuchasz w aucie?
Mocnej, bo ja jestem starym rockowcem. Obracam się w mocnych klimatach rockowych, metalowych. Słucham przede wszystkim grunge’u, czyli zespoły z Seattle – Pearl Jam, Nirvana, Soundgarden, Alice in Chains. Kocham U2. Ale także metalu typu Metalica, trochę staroci jak Led Zeppelin, The Beatles, Janis Joplin, Hendrix, the Doors. Czyli taka klasyka.

Dobry sprzęt audio w aucie ma więc dla Ciebie znaczenie?
Jak najbardziej tak. Zawsze zamawiam w aucie najwyższą opcję, jeżeli chodzi o sprzęt grający.

No to zazdroszczę Ci już tego CT200h i zestawu audio firmy Mark Levinson, z którego słynie Lexus, szczególnie w tych najlepszych wersjach wyposażeniowych.
Też nie mogę się doczekać. Mimo to, jak wspomniałem, ja lubię też ciszę podczas jazdy, kiedy auto płynie bezszelestnie. Wzmacnia to moje poczucie bezpieczeństwa i komfort. Kiedy jednak mam nastrój, ciężkie brzmienie z dobrych głośników, konkretny bas, to podstawa.

Rozmawiał: Rafał Pazura

Tagi: , , ,

8 myśli nt. „Ambasador bez szofera – wywiad z Pawłem Małaszyńskim

  1. avatarMichał

    Długa broda to nie w moim stylu – ale tygodniówkę jak najbardziej lubię.

    Pytałem, bo Paweł na zdjęciach ogolony przepięknie, a nie raz go widziałem z tygodniowym zarostem (zapewne też lubi :) ).

    No nic, ambasador Lexa chyba po prostu musi wyglądać nieskazitelnie. Generalnie, Paweł to raczej dobry placement.

    Odpowiedz
  2. avatarojciec

    Z przyjemnością przeczytałem ten wywiad.Zobaczyłem w nim aktora nie z gębą celebryty,jaką starają się mu zrobić media,lecz zdystansowanego wobec samego siebie człowieka,który z prawdziwym,nieudawanym spokojem odpiera ataki dziennikarza a jednocześnie dostarcza zainteresowanym wielu ciekawostek ze swego motoryzacyjnego i rodzinnego życia.
    To świetny pomysł-te wywiady:uczłowieczają one techniczną w końcu dziedzinę naszej egzystencji.
    Podobnie pisane są też teksty panów;Pazury i Pławskiego.
    Serdeczne gratulacje!

    Odpowiedz
  3. avatarkatarzyna

    Jestem pełna podziwu żonie Pawła. Jest niesamowicie cierpliwa kobietą. Oby takich więcej. Pozdrowienia

    Odpowiedz
  4. avatardiab

    Niezły wywiad, faktycznie dobrze się czyta. Raz, tylko raz udało mi się przejechać Lexusem….poezja !
    Katarzyno, co to jest za składnia?
    Swoją drogą , podziwiam raczej Pawła, że wytrzymuje z tak dominującą kobietą i to już tyle lat.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *