BMW M135i – fabryka radości (TEST)

avatar
Rafał Pazura
15 października 2014

Nie przyciąga uwagi – ot zwykły hatchback. Czy jest praktyczny? Zdecydowanie zbyt ciasny i mało komfortowy. Może chociaż ekonomiczny? Nic z tego – potrafi spalić nawet 18l w mieście. W przyzwoitej wersji kosztuje niemal 200 tys. zł, więc z pewnością będzie białym krukiem na ulicach. Właściwie nie ma żadnego racjonalnego powodu, by zdecydować się na jego zakup. Do czasu, aż wsiądziesz za kierownicę i poczujesz adrenalinę, która cieknie z uszu przy każdym wciśnięciu gazu w podłogę. Co to za auto? Dla niektórych wystarczy tylko skrót: M135i. I wszystko jasne.

Przysięgam, że jak zobaczę na ulicy dokładnie takie BMW jakim przyszło mi jeździć, podejdę do kierowcy i uścisnę mu dłoń z szacunku. Dlaczego? Bo jestem pewien, że ta osoba kupiła go z miłości do czterech kółek. Szczególnie w takim zestawieniu kolorystycznym, gdzie ciemno-szary lakier zlewający się z czarnym dyfuzorem maskuje główny atrybut świadczący, że pod maską drzemie demon. Jest co prawda jeszcze nieco bardziej agresywnie skrojony zderzak przedni, ale to wychwyci tylko wprawne oko znawcy tematu. M135i nie przyciągnie tęsknych spojrzeń innych kierowców, o płci pięknej nie wspominając. To auto dla konesera osiągów, który nie myśli o tym by rzucać się w oczy, ale … no właśnie, może właśnie o to tu chodzi?

Dlaczego jeszcze zakup takiego auta wydaje się irracjonalny? Bo w palecie BMW jest model M235i – czyli o „numer mniejsze” M4, które kusi rasowym wyglądem coupe. Po co więc robić w ramach tej samej gamy modelowej pięciodrzwiowego sportowca na bazie hatchbacka serii 1? Nie wiem. I nic mnie to nie obchodzi, bo 5 dni spędzone za kierownicą tego auta było cudowną przygodą, która jak wszystko co piękne, zbyt szybko się skończyła.

BMW-M135i-znaczek

Na początku

trochę o dźwięku. A dokładniej o symfonii wydobywającej się z motoru o sześciu cylindrach i pojemności 3.0l ustawionym – jak to w BMW – w rzędzie. Dźwięk w każdej konfiguracji powala. Gdy odpalimy motor niby nic się nie dzieje, ale słychać specyficzną chrypkę wydobywającą się z rur wydechowych. Już wiesz, że coś tu się będzie dziać. Lekkie trącenie gazu i nasze uszy pieści basowy gang. Silne dodanie i odpuszczenie pedału przyspieszenia skutkuje donośnym chrapnięciem z wydechu – to oczywiście „eksplozja” nadmiaru zassanego paliwa. Ruszasz dynamicznie – rasowy bas i bulgot wspomagany świstem nowoczesnej turbosprężarki Twinscroll dopełniają ekstazy. Chcesz tylko wciskać gaz i słyszeć tę muzykę. Jednym słowem – narkotyk.

BMW-M135i-silnik

Moc 320 KM

trafia na tylne koła i gdy odbierając auto zauważyłem brak znaczka xDrive, nieco zesztywniałem. Pomyślałem, że jestem za słabym kierowcą, by okiełznać taką fabrykę siły. Nie wstydzę się tego powiedzieć, bo od dawna mam pokorę do sportowych aut. Mimo to, jazda M135i nie musi wymagać ponadprzeciętnych umiejętności od kierowcy. Jednak tylko pod warunkiem, gdy nie wciśniemy jednego magicznego przycisku z napisem „Sport +” i nie odłączymy trakcji poprzez kilkusekundowe przytrzymanie innego guzika. Wówczas wszystkie systemy prewencyjne zostają uśpione, a niczym nie okiełznana moc w postaci 450 Nm generowanych w przedziale 1250-5000 obr./min. sprawia, że kierowca musi mocno trzymać kierownicę obiema dłońmi. Z tego powodu – dla laików mojego pokroju – wydatek obowiązkowy to automat firmy ZF. O tej ośmiobiegowej przekładni rozpisywałem się już nie raz, więc pozwólcie, że spuentuję to tak: cud techniki nadal ma się dobrze. Zabawa łopatkami w M135i dostarcza dodatkowej frajdy, bo zrzucaniu biegów towarzyszy jeszcze bardziej rasowy ryk silnika. Można się zakochać.

Tak naprawdę jednak, mimo przeznaczenia do dostarczania emocji, M135i potrafi być cywilizowanym autem. To zasługa aktywnych amortyzatorów z regulacją twardości wartych wyłożenia dodatkowych 3,8 tys. zł. Wystarczy wcisnąć przycisk Comfort a zawieszenie robi się sprężyste, jak w niemal zwykłym aucie kompaktowym. Bardzo dobrze wybiera wtedy nawet zapadnięte studzienki, a „ospale” reagujący gaz pozwala na w miarę normalną jazdę.

BMW-M135i-moc

Największe wrażenie

robi łatwość, z jaką „emka” zbiera się z każdej prędkości. Gaz w podłogę, redukcja biegu, świst turbiny i eksplozja mocy – tak to mniej więcej wygląda, tylko dzieje się tak szybko, że zlewa w jedną, zbitą masę doznań. Wynik sprintu od 0-100 km/h? Tylko 4,8 sekundy. Z napędem xDrive BMW jest jeszcze o 0,1 sekundy szybsze. Osobiście wolałbym właśnie napęd obu osi, bo przecież auto użytkuje się na drogach publicznych, gdzie na szaleństwa nie ma po prostu miejsca. Chyba, że ktoś celuje w wizyty na torze – wówczas jazda bokiem i zabawa kontrolowanymi poślizgami jest warta takich wyrzeczeń. Jeśli nie przesadzamy, nawet dezaktywacja systemów trakcyjno-stabilizacyjnych pozwala na bezpieczne kontrolowanie auta w poślizgu. Co istotniejsze, nadwyżka mocy pozwala na takie zabawy przy praktycznie dowolnej prędkości, ale to już wyższa szkoła jazdy. BMW M135i ma więcej sportu niż jego wygląd. Z tego powodu właściwym miejscem dla cieszenia się jego możliwościami będzie zamknięty tor wyścigowy.

BMW-M135i-tyl

Przyspieszenie jest tak obłędne, że w czasie gdy inne auta o mocy ok. 150 KM rozpędzają się do 100 km/h, BMW sunie już ponad 200 km/h. Przyznam się też Wam do czegoś – całkiem przypadkowo odkryłem, że „mój” egzemplarz pozbawiony był ogranicznika prędkości, który zazwyczaj odcina gaz przy prędkości 250 km/h. Ale tego wątku nie będę już rozwijał. Istotne jest to, że silnik zapewnia niewiarygodny ciąg od każdej dosłownie prędkości. Dlatego za kierownicą M135i nawet w „tatusiowatym” kierowcy ujawnia się natura wariata, który chce jeszcze i jeszcze.

Niestety potencjał siły drzemiącej pod maską jest niezwykle kuszący i łatwo można dać ponieść się emocjom. Dlatego M135i to nie zabawka na osiemnaste urodziny dla synalka bogatego tatusia. To chirurgiczny skalpel, który w rękach amatora może być zabójczym narzędziem. Fenomenalna trakcja na suchym asfalcie pozostaje wspomnieniem, gdy spadnie choćby lekki deszcz. Wtedy mielenie kołami tylnej osi staje się aż denerwujące, bo nawet niezbyt silne dodanie gazu skutkuje bezproduktywnym buksowaniem kół. Jak tym jeździć zimą?

BMW-M135i-felga

Świetną pracę

wykonują za to tarcze hamulcowe wielkości dużej pizzy. I tu znowu ujawnia się „cichociemny” charakter M135i, bowiem tarczom zaaplikowano nie krzykliwie czerwone czy żółte zaciski hamulcowe, ale … niebieskie. Efekt podczas ostrego hamowania wywija białka na drugą stronę. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do nieco dużego skok samego pedału hamulca, co w aucie o sportowym rodowodzie wymaga przyzwyczajenia. Z drugiej strony, podczas jazdy miejskiej tak skalibrowany układ sprawdza się bardziej.

Układ kierowniczy jest elektrycznie wspomagany i posiada zmienne przełożenia. Kierowca może ingerować w jego czułość, co wg mnie pozwala na optymalny dobór pracy i skalibrowania takiej precyzji, jaka w danych warunkach jest wymagana. Niektórzy zarzucają mu zbyt małe czucie w trybie Sport, ale ja nie podzielam tej opinii. Chociaż przyznaję, że nie jeździłem na torze, a może dopiero tam ujawnia się jego ograniczona dokładność?

BMW-M135i-wnetrze

We wnętrzu

kolorem dominującym testowego egzemplarza M135i była czerń. Pakiet M to także ciemna podsufitka, co w połączeniu z ciasną kabiną może co u niektórych wywołać efekt klaustrofobii. Doskonale skrojone fotele dosłownie kleją się do ciała. Elektrycznie ściskające się boczki pozwalają na totalne otulenie pleców kierującego, więc mamy wrażenie przebywania w kokonie. Ostra jazda w zakrętach nie jest w stanie wyrwać naszego ciała z tego uścisku. Jest doskonale.

Kierownica o wieńcu grubości małego pytona cudownie leży w dłoniach, a dostęp do manetek odpowiedzialnych za sekwencyjną zmianę przełożeń nie budzi zastrzeżeń. Poza tym kokpit niewiele różni się od cywilnych wersji. Klasyczny design zegarów made by BMW to klasa sama w sobie. Na godzinie szóstej koła kierownicy dyskretna litera „M”. Tak na wszelki wypadek, aby nie zapomnieć, że prawa noga kierowcy może na ulicy siać większe zniszczenie niż AK-47 w krajach Bliskiego Wschodu.

BMW-M135i-bok

Wnętrze można wedle życzenia skonfigurować sobie jak każde luksusowe auto bawarskiej marki. Tylko po co aktywny tempomat, którego radar w jednostajnym tempie poprowadzi nas z prędkością auta jadącego przed nami? Nuda.

W M135i

da się podróżować w cztery osoby. Z tyłu jest ciasno, ale dzieciaki bez kłopotu rozprostują nawet swoje nóżki. System isofix próbuje ukryć rodowód auta, ale ja byłbym za tym, aby go w ogóle nie oferowano, bo to nie jest „sprzęt” do jazdy z familią. Na marginesie – zapewne sądzicie, że w bagażniku nic się nie da przewieźć? Wręcz przeciwnie – kufer liczy sobie imponujące – jak na te klasę – 360 l. To kolejny dowód na to, że decydując się na zaaplikowanie pod maskę potwora o mocy 320 KM nikt pracujący w dziale M Performance nie zastanawiał się nad tym, jaki to ma sens. I wiecie co? Jestem im za to cholernie wdzięczny, bo w obecnych czasach aut z charakterem i pozbawionych racjonalnego myślenia jest jak na lekarstwo.

Rafał Pazura

Foto: Michał Strzyżewski i Rafał Pazura

Tagi: , , , ,