Ford S-Max Vignale 2.0 TDCI 180 KM AWD PowerShift – TEST

avatar
Rafał Pazura
08 sierpnia 2017

Pomysł, by na bazie popularnego modelu zaproponować klientowi coś ekstra, nie jest niczym nowym. Vignale to próba ataku Forda na segment Premium. Jednak taktyka jest tu inna niż np. w przypadku Citroena, który stworzył submarkę o nazwie DS,  z oddzielnymi salonami sprzedaży i linią modelową. Ford podrasowuje istniejące modele nadając im nie tylko bardziej wysmakowane detale czy wyposażenie. Vignale to także dodatkowe usługi w postaci specjalnych warunków serwisowych czy możliwości korzystania z całodobowej infolinii, za pomocą której zarezerwujemy hotel czy stolik w restauracji. Czy to wystarczające wabiki, aby bez bólu wydać na Forda kilkadziesiąt tysięcy złotych więcej? Sprawdziłem to testując Forda S-Max Vignale z mocnym dieslem, automatyczną przekładnią i napędem 4×4.  

Jednak nie każdy model  Forda dostąpił zaszczytu posiadania specjalnej wersji Vignale. Wybór ograniczono do modeli: Kuga, Mondeo, Edge i S-Max.  A dosłownie przed chwilą do elitarnego grona dołączyła najnowsza odmiana Fiesty. Osobiście najbardziej interesował mnie S-Max w wersji Vignale. Dlaczego? Bo moim zdaniem nie ma lepiej prowadzącego się auta o takich rozmiarach, także jeśli pod uwagę weźmiemy segment Premium. Dlatego jego najbardziej ekskluzywna wersja może okazać się strzałem w dziesiątkę. I jeszcze jedno – celowo użyłem wcześniej w zdaniu terminu „takiego auta” bowiem uznanie S-Maxa za pojazd typu VAN jest nieadekwatne do tego, jak dobrze i sprawnie się on prowadzi. Wręcz brzmiałoby to pejoratywnie, bo jedyne co łączy go Vanem to przestrzeń i użytkowy charakter. Reszta to wyłącznie zalety dużego, rodzinnego kombi.

Skupię się tylko na tym,

czym wyróżnia się ten wyjątkowy Ford. O S-Max całkiem niedawno wypowiedziałem się tutaj. Osobliwość tego modelu polega na tym, że praktycznie nie ma on konkurencji. Nikt nie oferuje tak dużego auta w nadwoziu będącym rozwinięciem kombi. Wszyscy idą w kierunku SUV-ów lub vanów. Jedynym rywalem, który swoim charakterem może konkurować z S-Maxem jest BMW 2 Gran Tourer. „Bawarczyk” przegrywa jednak wyraźnie z Fordem wymiarami, a także sposobem aranżacji drugiego rzędu siedzeń. S-Max posiada bowiem trzy, niezależne fotele, podczas gdy w BMW środkowe miejsce nie oferuje takiej przestrzeni. Odpowiedź jest prosta – S-Max jest po prostu szerszy od BMW o ponad 10 cm. Ktoś powie – jest jeszcze przecież Renault Espace. Owszem, ale francuskie auto posiada zupełnie inny charakter i w kwestii właściwości jezdnych po prostu nie można porównywać go z Fordem. Tym bardziej, że nie występuje w odmianie z napędem obu osi.

Wróćmy jednak do S-Maxa Vignale. W wyglądzie nadwozia nie ma spektakularnych różnic. Śmiem twierdzić, że osoby, które nie wgłębiają się w motoryzacyjne szczegóły nie zauważą, że mają do czynienia z wyjątkowym autem. Taka anonimowość ma swoje zalety w segmencie Premium. Nie każdy chce kłuć w oczy tym czym jeździ. W przypadku Forda trochę żal, że w Vignale nie można wybić się bardziej ponad standardowy design. Z drugiej strony – mam wrażenie graniczące z pewnością, że o osobie kupującej ten model można powiedzieć wszystko poza jednym – że jest snobem.

Oczywiście styliści starali się, by topowa wersja „wpadała” bardziej w oko. Mamy więc sporo stylizowanych napisów „Vignale”, które rzucają się w oczy bardziej niż znaczek Forda. Specjalny grill tylko dla tej wersji, inne kroje zderzaków i dużo chromowanych detali, które szczególnie w zestawieniu z ciemnymi lakierami robią wrażenie. Podobnie jak chromowane, 19-calowe felgi, które wcale nie rażą swoim nieco barokowym stylem. Dla najbogatszej z wersji przewidziano też specjalne, dedykowane kolory nadwozia.    

Wnętrze

Jak zwykle bywa w topowych odmianach – mamy tu specjalne rodzaje tapicerek. Kremowa skóra foteli o ażurowej fakturze buduje ekskluzywny klimat w kabinie. Skórą obszyto też deskę rozdzielczą, boczki drzwi i tunel środkowy. Wygląda to bardzo dobrze, choć osobiście wolałbym, aby kokpit nie był obszyty aż tak połyskliwą skórą. Fotele: oczywiście sterowane elektrycznie, podgrzewane i wentylowane oraz wyposażone w funkcje masażu (dopłata 3,3 tys. zł). Trójstrefowa klimatyzacja sprawnie schładza wnętrze a zdalne sterowanie systemem wentylacji pozwala zaprogramować bądź to chłodzenie, bądź grzanie (dopłata 5 tys. zł).

S-Max oferuje mnóstwo miejsca dla pięciu osób, a za dopłatą można także zakupić trzeci rząd, dzięki czemu Ford daje możliwość przewiezienia siedmiu pasażerów. Ja otrzymałem do testu tę pierwszą wersję, dzięki czemu do dyspozycji bagaży pozostała ogromna powierzchnia kufra – równe 700 l. Trudno chcieć więcej.

Ogólne wrażenie jakościowe wyraźnie podnosi w Vignale tzw. odczuwalny komfort, ale można mieć pewne zastrzeżenia do precyzji montażu plastików. Naciskając na nie słychać co jakiś czas skrzypienie. Tu z pewnością można wspiąć się o poziom wyżej. Ale nie to ujmuje w tym samochodzie najbardziej.

Wyprawa ze stolicy do Trójmiasta i szybka jazda autostradami pokazała prawdziwe oblicze Vignale. Przy prędkości  130-140 km/h panuje wręcz błoga cisza. I to mimo dużego nadwozia i wielkich lusterek, które tną powietrze z subtelnością przedniej szyby rozpędzonego TIR-a. To niebywałe, ale żaden natarczywy dźwięk nie przedostaje się do kabiny. Zawirowania powierza podczas szybkiej jazdy nawet z prędkością 160 km/h i więcej, także nie gwałcą ciszy panującej w środku. A wspominałem już, że pod maską pracował dwulitrowy diesel? Tu Vignale gra absolutnie w klasie Premium i deklasuje zwykłe wersje S-Maxa oraz większość konkurencji. Co ma wpływ na tak genialną izolację akustyczną wnętrza? Z pewnością grubsze szyby i lepsze materiały wygłuszające. Jednak główną robotę wykonuje … elektronika. S-Max Vignale jest wyposażony  w system aktywnej redukcji poziomu hałasu (Active Noise Control). Jak to działa?  Emituje on przez głośniki systemu audio fale dźwiękowe odwrotne do niepożądanych dźwięków. Może i jest to oszustwo, ale daje to genialny efekt.

Bezkonkurencyjnie

wypada także S-Max jeśli mam go ocenić w zakresie komfortu i zarazem prowadzenia w zakrętach. Napęd AWD na mokrej nawierzchni sprawia, że Ford jest absolutnie poza zasięgiem rywali, a wg mnie deklasuje niejedno kombi segmentu D czy E. Mimo wysokiego nadwozia Ford mknie nawet w ciasnych łukach równie pewnie jak samochody z dużo niżej osadzonym punktem ciężkości. Praca zawieszenia to ideał biorąc pod uwagę rozmiary auta. Warto zdecydować się na opcjonalne, aktywne zawieszenie z trzema poziomami amortyzacji do wyboru – choć tanie nie jest, bo wymaga dopłaty 12,3 tys. zł w pakiecie m.in. z adaptacyjnym tepomatem. Śmiem twierdzić, że w tej klasie nikt nie oferuje nadwozia typu Van, które jeździ tak komfortowo, tak dostojnie i tak sportowo zarazem. Nie mam też żadnych uwag do precyzji układu kierowniczego. Ponad 300 km trasy spowodowało u mnie niedosyt. S-Max Vignale absolutnie nie męczy, wręcz chcesz nim jechać dalej i dalej.

Jak już wspomniałem testowany egzemplarz napędzany był 2-litrowym dieslem o mocy 180 KM. To najmocniejszy „ropniak” w całej palecie, który występuje z napędem 4×4 oraz z  dwusprzęgłową, sześciobiegową skrzynią automatyczną (jest jeszcze przednionapędowy diesel o mocy 210 KM). Moim zdaniem to optymalny wybór. Vignale nie jest jakimś mega sprinterem, ale przyspieszenie od 0-100 km/h w ok. 10 sekund jest akceptowalne. Podobnie jak 400 niutonometrów, których maksimum osiągane jest przy 2000 obr./min. W sam raz do sprawnej jazdy po mieście jak i z pełnym obciążeniem w trasie.

Silnik okazuje się być mało łasy na olej napędowy. Drogę do Trójmiasta pokonałem w jedną stronę ze stałą prędkością ok. 130 km/h we dwie osoby. Wynik to 7,3 l/100 km. Powrót w takich samych warunkach, ale w 4 osoby i ze sporym bagażem z nieznacznie wyższą prędkością (140 km/h na tempomacie) zaowocował spalaniem 7,8l/100 km. Dla mnie rewelacja. Dwusprzęgłowa przekładnia PowerShift nie jest tak szybka jak np. volkswagenowskie DSG, ale w zamian oferuje bardziej płynną i mniej nerwową pracę także przy próbie maksymalnego korzystania z osiągów. Do charakteru auta bardziej pasuje wg mnie właśnie fordowski automat.

Chęć posiadania „przeforda” czy „prze-S-Maksa”

oznacza konieczność pogodzenia się z poziomem wydatków, jaki zazwyczaj z tą marką się nie kojarzy. Mariaż 180 KM z napędem AWD i automatem to wydatek minimum 183 tys. zł. Gdy dołożymy wyposażenia, które przeniesie nas w prawdziwy klimat luksusu, cena bez kłopotu osiągnie poziom 225 tys. zł – tak jak w prezentowanym egzemplarzu. W standardzie oczywiście dostajemy już dużo ciekawych opcji, ale brakuje np. choćby systemu GPS, za który trzeba dopłacić kolejne 6 tys. zł. Przekraczając barierę 200 tys. zł Ford S-Max Vignale zapewne będzie na drodze większym rodzynkiem niż niejedno wypasione BMW czy Mercedes. Ilu klientów da się skusić na ten model? Trudno powiedzieć. Jednak paradoksalnie S-Max nie ma godnego siebie rywala. Szczególnie w wersji Vignale.

   
Tekst i zdjęcia: Rafał Pazura

 

Tagi: , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *