Marcin Miller – król disco polo. I wszystko jasne… (wywiad)

avatar
Rafał Pazura
07 października 2014

Mówią o nim: król disco polo. Marcin Miller – lider zespołu Boys. On sam ma jednak zdrowy dystans do tego co robi. Na salony się nie pcha, ale zależy mu na tym, by branżę, którą się zajmuje pokazywać uczciwie. Jeździ hybrydowym Lexusem, a na swoją pozycję pracował niemal ćwierć wieku. Jakie auta budzą w nim emocje, czego słucha za kierownicą i dlaczego zdecydował się na udział w „Tańcu z Gwiazdami”? Tego wszystkiego dowiecie się z rozmowy z gościem, który z zespołem Boys sprzedał w Polsce 10 milionów kaset i płyt.

Rafał Pazura: Twoje obecne auto to Lexus GS450h. Dlaczego akurat ta marka i dlaczego wersja hybrydowa?
Marcin Miller: Aby to wyjaśnić musimy cofnąć się trochę wstecz. O tym, że kiedyś będę mógł sobie pozwolić na auto z klasy BMW czy Mercedesa mogłem kiedyś tylko pomarzyć. Kupowałem gazety motoryzacyjne, czytałem o tych wszystkich markach premium i myślałem, że tak będzie zawsze. Aż przyszedł 1997 r., kiedy zespół Boys wydał płytę „OK”, która okazała się komercyjnym sukcesem. Wtedy pojawiły się jakieś większe pieniądze i mogłem zacząć myśleć motoryzacji z tej półki. Wcześniej, do mojej głowy w ogóle nie docierała myśl, że będę mógł sobie kupić nowy samochód z salonu. Jednak mimo, że stać mnie było na nowe auta, przez wiele lat jeździłem kilkuletnimi egzemplarzami, gdyż sądziłem, że to niepotrzebnie wydane pieniądze skoro można kupić lekko używany wóz w idealnym stanie. Były to m.in.: Mercedesy Klasy C, E i S, Porsche Cayenne Turbo czy BMW 7. Ale w rodzinie jeździły też: Daewoo Tico czy Toyota Yaris. Na „nówkę” zdecydowałem się po latach, bowiem niejednokrotnie zdarzało się, że jadąc swoim świeżo nabytym autem używanym słyszałem jakieś niepokojące stuki. Zastanawiałem się czy aby z nim wszystko w porządku i czy znowu sprzedający nie naciągnął mnie na ładnie wyglądającego trupa? Chcąc mieć komfort psychiczny i pewność, że nigdy mnie nie zawiedzie, zdecydowałem się na zakup auta z salonu.

Dlaczego zatem Lexus?
Prawda jest taka, że szukałem wśród wielu marek. Okazało się, że konfigurując auto – czy to było Audi, Range Rover czy Jaguar – jak np. zaczynało się od poziomu 200-250 tys. zł, to po doposażeniu go w interesujące mnie dodatki cena skakała grubo ponad 400 tys. zł, a nawet powyżej 500 tys. zł. Wtedy wpadłem na pomysł, by spróbować w Lexusie. Okazało się, że tam w „podstawowej” cenie jest praktycznie wszystko. Oczywiście to drogie auta, ale ja przekonałem się do Lexusa m.in. przez to, że płacąc niemałą kasę dostaję naprawdę samochód wart tej ceny. Nie muszę dopłacać za każdy detal, jak w innych markach. Na mnie to podziałało.

Czyli wygrał rozsądek?
Też, ale równie mocno urzekło mnie coś jeszcze. Żaden salon markowych aut nie chciał użyczyć auta do przetestowania na więcej niż 3 dni. Dla mnie to problem, bo cały czas byłem w trasie grając koncerty. Więc będąc w Lexusie powiedziałem, że ja niestety po wzięciu auta mogę je oddać dopiero po tygodniu. Okazało się, że w Lexusie nie było z tym problemu. A więc wziąłem tego Lexusa… i po 7 dniach spędzonych za kółkiem zakochałem się…

…tak bardzo, że kupiłeś właśnie ten model, czyli 450h. Czy to aby na pewno idealne auto na mazurskie drogi?
I tu muszę przyznać, że handlowiec z Lexusa wykazał się zawodowym podejściem do tematu. Kiedy oddawałem auto powiedział do mnie – i co Panie Marcinie, kupuje Pan go? Zaskoczył mnie, więc mu mówię, że chwila, tak szybko nie kupuje się samochodu. Poza tym muszę to przemyśleć, może jakby na raty 50/50, etc. A on – „nie ma sprawy, raty załatwione” – i wyjął przygotowane już wcześniej dokumenty niezbędne do podpisania formalności…I podpisałem. Było więc w tym trochę przypadku i zaskoczenia. To nie jest tak, że akurat ten model idealnie sprawdza się na mazurskich, dość specyficznych drogach. Ale kupiłem go i nie żałuję. Poza profesjonalną obsługą doceniam perfekcyjne wykonanie tego auta i niezawodność. Zresztą żona jeździła kiedyś Toyotą Yaris, teraz ma RAV4 – tam się nigdy nic nie psuje. A jak wiadomo, Lexus to tak naprawdę luksusowa Toyota.

Lexus-GS450h

A to, że jest hybrydą i potrafi spalić 7-8 litrów ma dla Ciebie znaczenie?
Dla mnie to jakby wartość dodana. Owszem, potrafi spalić tyle, ale zdarza się, że jak przycisnę to dokładnie dwa razy więcej (śmiech). Dzięki elektrycznemu napędowi zyskuje się przede wszystkim nieprawdopodobną ciszę w środku, a to wpływa na komfort. No i te 345 KM…

Kiedyś chyba zwracałeś większą uwagę na to, ile auto spala?
Oczywiście, dlatego wiele lat jeździłem dieslami. Zawsze uważałem, że to są bardziej ekonomiczne auta. Z perspektywy moich doświadczeń mogę powiedzieć tak – byłem w błędzie. Owszem, zużywają nieco mniej paliwa, ale jak się zaczną wydatki w serwisie nie jest już tak różowo. Przed Lexusem jeździłem kilkuletnim BMW 730d. Świetny samochód, ale jak auto osiągnie pewien wiek i przebieg, można zdziwić się rachunkami z serwisu.

Ten silnik diesla BMW jest wręcz kultowy
Byłem z niego bardzo zadowolony, fabrycznie miał 230 KM, ale po profesjonalnym tuningu udało się go podkręcić do 274 KM. Rakieta…

A czym poruszasz się będąc w trasie z zespołem?
Mamy służbowy samochód, który nazywamy pieszczotliwie „Boysowozem”. Od kilku lat jesteśmy wierni Mercedesowi Viano, to już kolejny nasz model. Lejemy do niego tylko ropę najlepszego gatunku i w trasę. Nie ma z nim najmniejszych kłopotów.

Wcześniej nie było zapewne tak luksusowo?
Zdecydowanie nie. Początkowo nasze trasy liczyły po 30-40 km, ale dla nas to i tak było daleko, bo nie mieliśmy auta. Pożyczaliśmy samochód od moich rodziców, to był FSO 1500, czyli po prostu „duży Fiat”. Do tego hak holowniczy i obowiązkowo przyczepka, na którą ładowaliśmy sprzęt – zazwyczaj robione metodą garażowo-chałupniczą głośniki, miksery etc. Mieliśmy też dwie „trumny”, czyli specjalnie wykonane z płyty pilśniowej skrzynie na statywy, kolorofony czy maszynę do dymu. Były pomalowane na czarno i skojarzenia z trumną były oczywiste (śmiech).

Fiat dawał radę z takim obciążeniem?
Nie miał wyjścia. Służył dzielnie, ale zaliczyliśmy nim jeden wypadek. Wracając z koncertu wieczorem trafiliśmy na gołoledź. Ja prowadziłem, chłopaki gadali z tyłu. Miałem na liczniku ok. 80 km/h, wchodzę w zakręt w lewo, a auto nie chce skręcić tylko sunie prosto. Wypadliśmy lekko z drogi, przyczepkę wykręciło, a instrumenty powypadały na drogę. Na szczęście była to mało uczęszczana trasa między jakimiś małymi wioskami ,więc bez problemów pozbieraliśmy instrumenty i jakoś doczłapaliśmy się do domu. Nam nic się na szczęście nie stało, a i Fiat nie ucierpiał praktycznie.

Marcin-Miller-Polonez

Czy pamiętasz moment, kiedy dotarło do Ciebie, że grając disco-polo może się to stać Twoim zawodem, sposobem na życie, źródłem dochodów?
Na początku w ogóle o tym nie myślałem. Gdy zaczynaliśmy w 1991 r., graliśmy weekendowo. Wtedy myślałem, że będę pracować normalnie od poniedziałku do piątku, a muzyka będzie tym co lubię, co jest moją pasją, a dodatkowo w weekend sobie podorabiam. I tak było kilka lat. Przełomem był jednak wspomniany 1997 r. Zaczęliśmy grać dwutygodniowe trasy. Potem był wyjazd do USA i występy dla Polonii.

Długo tam byliście?
Półtora miesiąca i zjeździliśmy chyba wszystkie amerykańskie stany. Co ciekawe po Stanach poruszaliśmy się autobusem, którym wcześniej jeździli m.in: Prince, Guns N’ Roses. Czytając ich imiona wyryte i wymalowane we wnętrzu poczułem, że chyba z tego grania coś może być więcej, że to jest droga, którą chcę zmierzać dalej. Wtedy też zrozumiałem, że ja tego chcę. Jestem panem swojego losu – wstaję kiedy chcę, odbieram telefony kiedy mam na to ochotę, bo zawodowe rzeczy robi za mnie firma, z którą mam kontrakt, nie muszę zgadzać się na każdy występ, mogę np. odmówić i pojechać z żoną na wakacje. Wcześniej, było to totalną abstrakcją.

Ten stan trwa już więc kilkanaście lat. Nie rozpuściłeś się z tego powodu?
Bardzo mnie cieszy taki stan rzeczy, ale pamiętam jakim kosztem zostało to osiągnięte. Mimo to wiem, że opłacało się „zainwestować” w ten biznes i ponieść sporo trudu, trochę zdrowia, ale i rozłąki z rodziną, co dla mnie nigdy nie było łatwe.

Dlaczego od jakiegoś czasu ostracyzm medialny związany z disco-polo zniknął? Jesteś obecny w mediach, zapraszany na wywiady, do popularnych programów. Co się zmieniło w mediach, że teraz wręcz Ciebie chcą, a kiedyś ignorowano?
Nazwij to dosadniej – nabijano się z nas. Czy ta, nazwijmy to delikatnie „niechęć”, minęła? Nie do końca, ale przyznaję, że teraz jest lepiej. Bojkot na disco polo był od samego początku powstania tej muzyki. Branża nie mogła znieść, że paru chłopaków zamyka się na noc w garażu i nie rzadko przy winie marki „wino” nagrywa materiał na całą płytę. Potem jadą do jakiejś firmy fonograficznej do Białegostoku czy Warszawy i za chwilę wychodzi kaseta, która rozchodzi się w nakładzie 2 czy 3 milionów. To bolało wszystkich, od muzyków grających tę powiedzmy ambitniejszą muzykę po środowisko dziennikarskie. I zaczęła się nagonka na twórców disco polo, bojkot itd. Muszę przyznać, że dość skutecznie wyszło to w mediach. Ludzie wstydzili się przyznać, że słuchają takiej muzyki, czy po prostu lubią się przy tym bawić.

A Wy jak to odczuwaliście w zespole?
Właściwie dla nas nic się nie zmieniło. My graliśmy swoje. Pchania się na salony i do mediów nie potrzebowaliśmy. Dyskoteki czy sale koncertowe pękały w szwach, także w dużych miastach. Mi więcej nie trzeba było, by poczuć, że to co robię ma sens. Co do mediów teraz – myślę, że intryguje ich jak to jest, że kolesie grają już niemal 25 lat i nadal ktoś chce ich słuchać. Chyba to całe zjawisko zaczęło tak interesować. Skoro bojkot nic nie dał, media zaczęły drążyć temat: kim są, ci co to grają, jak im się żyje, jak to możliwe, że mają swoje kanały telewizyjne i ktoś to ogląda?

Co jest fenomenem tego nurtu muzycznego, że przetrwał i nadal ma się dobrze?
To prosta muzyka do zabawy. W tym jej siła, nie ma tu żadnej filozofii. Jeśli chodzi o zespół Boys wygraliśmy tym, że o nas nigdzie się nic nie opowiadało, nie byliśmy w co drugiej gazecie, czy co weekend w telewizji śniadaniowej gotując do tego obowiązkowo jakąś potrawę. Nas nigdzie nie reklamowano, a jednak ludzie o nas nie zapomnieli. Mówiąc górnolotnie – nasza muzyka broniła się sama, bo ludzie tego słuchają i kupują. Działaliśmy prosto – jechaliśmy na imprezę typu „Dnia miasta” czy „dożynki”, graliśmy swoje i okazywało się, że przy naszej muzyce ludzie lepiej się bawili niż przy uznanej gwieździe wieczoru.

Marcin-Miller-koncerty

Odczuwasz będąc w towarzystwie innych muzyków spoza disco polo podczas np. eventów, że nie jesteś akceptowany?
Aż tak często nie bywam na tego typu wydarzeniach, ale zdarza się i teraz jest zdecydowanie lepiej. Nie odczuwam tego w bezpośrednich kontaktach, ale – jak to sam nazywam – smród pozostał. Jednak stereotypu nie da się tak łatwo pokonać. Stopniowo można go niwelować, ale wg mnie disco polo zawsze będzie synonimem kiczu. I tego nie zmienię. Ja od wizerunku disco polo nie zamierzam uciekać. Powiem więcej – jestem dumny z tego, że gram to co gram. Niczego nie udaję. W tym co robię jestem naturalny. Nie udaję kogoś, kim nie jestem. Nie będę też próbować grać czegoś, na czym się nie znam, w czym się nie odnajduję. Wydaje mi się, że ludzie to widzą i doceniają.

Masz jeszcze jakie niespełnione marzenie motoryzacyjne?
W 1996 r. kupiłem sobie Forda Mustanga i wtedy dla mnie to było spełnienie dziecięcych marzeń. W tamtych czasach to było niesamowite jeździć takim autem, choć oczywiście nie był nowy. Później miałem SAABA 900 Cabrio i też czułem się jakbym spełniał te marzenia. Z wiekiem wartościuje się jednak pewne rzeczy. I powiem szczerze, że już wyrosłem z tego, by odpowiedzieć na to pytanie. Uwielbiam samochody, mogę o nich gadać godzinami, ale nie myślę w kategoriach, że muszę mieć ten konkretny najnowszy model, z takim silnikiem i taką a nie inną mocą. Wiem też, że hossa nie trwa wiecznie, zawsze może się odwrócić karta i może będę musiał sprzedać tego Lexusa? Dlatego cieszę się z tego co mam. Nawet mówię tak – choć żona tego nie lubi – że dwie sprawy w życiu udały mi się idealnie. Pierwsza – to rodzina z żoną na czele, a druga – to ten samochód.

Czyli przywiązujesz się do czterech kółek?
W samochodzie musi być coś, co sprawia, że chcę nim jeździć. To nie może być tylko środek transportu, który ma mnie dowieźć a punktu A do B, ale ma dawać przyjemność. Dlatego uwielbiam jak jedziemy z żoną do jej rodziny do Niemiec. Super auto, wspaniała kobieta u boku – nic mi więcej wtedy nie trzeba. Dlatego tak bardzo przywiązuję wagę do wnętrza, bardziej niż do wyglądu nadwozia. Preferuję jasny środek w skórze. W aucie musi być sterylnie i czysto. Nienawidzę jak ktoś pali lub je w samochodzie. Czekolada, kruche batoniki? Nie w moim aucie. Wszyscy o tym wiedzą jak jadą ze mną. Terrorysta ze mnie, wiem, no ale tak mam (śmiech).

Jakieś kompromitujące zachowania za kółkiem?
Co ciekawe, jak byłem młodym kierowcą jakoś ustrzegłem się pokus i głupich zagrywek za kierownicą. Nie popisałem się za to jako dojrzały kierowca.

???
Moja głupota i pośpiech. Przyjechali do Ełku dziennikarze kręcić o mnie materiał. Miało być krótko, ale oczywiście przeciągnęło się. Ponaglałem ich, bo na wstępie powiedzieli, o której mają pociąg. Ale „tu jeszcze ujęcie”, „tam fajnie byłoby dokręcić jeszcze kawałek” i zrobiło się pięć minut do odjazdu pociągu. Zaproponowałem podwózkę. Szybko wskoczyli do auta, a żona obok na fotel pasażera. But w podłogę i pędzimy na dworzec. Do przejechania mieliśmy niewiele, ze 3-4 km. Miałem wtedy Mercedesa E Klasse. Było pusto na drodze, obwodnica Ełku, rozpędziłem się do ok. 200 km/h. Widziałem z daleka, że coś się dzieje dziwnego na jezdni, ale tylko lekko zdjąłem nogę z gazu. Okazało się, że wybił hydrant, czy jakaś studzienka i na jezdni zrobiło się małe jezioro. Wjechałem w to i natychmiast zaczęło mnie nosić z lewej na prawą. Próbowałem utrzymać auto, ale wreszcie straciłem panowanie, obróciło mnie, uderzyłem w krawężnik i koziołkując kilka razy w powietrzu spadliśmy na koła. Nikt nie powypadał, choć dziennikarze mieli przecież nie zapięte pasy z tyłu. Opowiadali potem, że pamiętają, że jak tak wirowaliśmy w powietrzu, to moja żona przytrzymywała mnie bym nie wyleciał z auta. Nie wiem jak to się stało, że oni też nie wypadli. I mega fart, że spadliśmy na koła. Byliśmy tylko trochę poobijani, ale żadnych złamań, czy innych obrażeń. Cud. To był przełom, od tej chwili jeżdżę przepisowo.

Żartujesz? Przez miasto jedziesz 50-tką?
Dokładnie, dlatego niektórzy czasami na mnie trąbią. Szczególnie tu, w Warszawie (śmiech).

Nie uwierzę jednak, że Lexusem nie lubisz sobie przycisnąć od czasu do czasu na autostradzie?
Racja, czasami sobie pozwalam. Ale tam gdzie jest ograniczenie prędkości staram stosować się bezwzględnie. Mam po prostu jeszcze dla kogo żyć.

Marcin Miller Maserati

Czego słuchasz na co dzień, poza disco polo, które grasz?
Jestem bardzo otwarty na wiele gatunków. Jednak zauważyłem, że mój mózg muzyczny nie chłonie już tych wszystkich nowości. Zatrzymałem się trochę w czasach młodości, czyli w latach 80-tych. Oczywiście były to nurty taneczne w rodzaju Modern Talking oraz przedstawiciele Italo disco: Savage, Bad Boys Blue. Ale ulubione zespoły z tamtego okresu to Depeche Mode i Duran Duran.

Depeche Mode jest jak wino, chłopaki wciąż pokazują, że nie odcinają kuponów i tworzą kolejne genialne numery. Jak oceniasz ich ostatnie płyty?
Szczerze mówiąc dla mnie wszystko co było po płycie Ultra już jest nieco przyciężkie i przestałem słuchać kolejnych produkcji, ew. pojedyncze kawałki jakie wpadły mi w ucho gdzieś w radiu.

Nie mogę się z tym zgodzić i będę lobbować, byś zapoznał się z ich ostatnią płytą, czyli Delta Machine…
Hehe, ok, obiecuję. Ale lubię też polskie zespoły. Cenię to jak śpiewa Piasek, uwielbiam Kombi. Jednak najlepszy polski rockowy zespół to dla mnie zawsze był i jest Lady Pank. Byłem w nich zakochany wręcz. Wiem, że jestem wielkim szczęściarzem, bo najlepsze w tym wszystkim jest to, że po latach tych wszystkich swoich polskich idoli, których plakaty wieszałem nad łóżkiem, potem poznałem w realu, albo np. wręczałem nagrody na festiwalach. Z niektórymi, jak Bad Boys Blue, nawet wspólnie śpiewałem.

Śpiewałeś z Bad Boys Blue?
Tak, obchodzili 30-lecie istnienia i śpiewałem dla nich z tej okazji. Johny McInerney, główny frontman mieszka w Polsce, pod Łodzią. Mało kto o tym nawet wie.

A jak z biegiem lat wygląda Twoja wena twórcza? Były lata, że wydawaliście po trzy płyty rocznie. Jak można mieć wciąż nowe pomysły?
Chopinem nie jestem, a disco pole to nie wirtuozeria twórcza. To proste, wpadające zazwyczaj w ucho kompozycje, które pisze się wedle określonego kanonu, ale nagrać hit to zawsze sztuka i nigdy nie wiadomo, dlaczego ten a nie inny kawałek się podoba. Choć oczywiście efekt wypalania zawsze istnieje. Od jakiegoś czasu jest mi jednak łatwiej, bo wspomagam się innymi autorami.

Zamawiasz muzykę i tekst u innych autorów?
Tak jak wielu muzyków korzystam z pomocy innych, często bardzo uznanych autorów. O tym rzadko się wspomina, ale niektóre numery zespołu Boys współtworzą autorzy, którzy pisali dla Budki Suflera czy Maryli Rodowicz. Bywa, że jest to sam tekst, sama muzyka, a czasami i jedno i drugie. Jak tekst napisze mi np. Marek Dutkiewicz, który jest autorem m.in. numerów „Jolka, Jolka pamiętasz” czy dla zespołu „2+1” kawałka „Windą do nieba” – to naprawdę widać różnicę. Gdzie moim „wypocinom” równać się do niego (śmiech). Planujemy ściślejszą współpracę z nim przy projekcie zespołu Boys i Classic. Ponad dziesięć lat temu zrobiliśmy wspólną płytę, która była hitem. Chcemy ponownie zrobić coś razem, zobaczymy co wyjdzie z tego.

Marcin-Miller-disco-polo

Dlaczego wziąłeś udział w Tańcu z Gwiazdami? Po co Ci to było?
To samo pytanie zadała mi żona. Nim przyjąłem tę propozycję, wszystko uzgodniłem z rodziną. Moje życie ma spore tempo, wieczne koncerty, więc dom jest dla mnie taka ostoją, miejscem gdzie ładuję akumulatory, gdzie odpoczywam, wyciszam się. To stały element, najważniejszy z całej tej życiowej układanki. Więc po co poszedłem? Na pewno chciałem się przekonać czy dam radę. Prawda jest też taka, że w programach muzycznych, w których bywam gościem, niestety nie mogę zaistnieć medialnie w takim kontekście jakbym chciał. A to co robię, wymaga stałej troski o zainteresowanie fanów, ale także i mediów. Może to zabrzmi śmiesznie, ale ja chcę pokazać też, że „discopolowiec” to nie tylko ten, co średnio śpiewa skoczne piosenki na scenie i macha rękoma i nogami.

Czyli jednak trochę autopromocja?
W pewnym sensie tak. Chcę by ludzie zobaczyli trochę inne disco polo. Że jesteśmy normalnymi ludźmi, że to co się czyta w niektórych tytułach prasy kolorowej oraz portalach plotkarskich, to bzdury.

Chcesz wygrać?
Nie uwierzysz, ale w ogóle mi na tym nie zależy. Oczywiście każdy powie to samo, a mnie odebrać można w tym momencie, że się kokietuję. Ale naprawdę mam gdzieś wygraną, to że stawką jest 100 tys,. zł, itd.

Treningi dają Ci w kość?
Od piątego sierpnia mieszkam w Warszawie od poniedziałku do niedzieli. Codziennie treningi po minimum 5 godzin. A czasem i więcej. Podczas „lajfów” w piątki jesteś na próbie od 8.00 rano do końca programu, czyli do 23.00. A potem „after party”, na które możesz, ale nie musisz iść. Za dużo wypić nie można, bo w sobotę od 10.00 znowu trening, a zaraz po nim … w samochód i na koncerty. A w niedzielę … powrót z występów i kolejny trening, więc zupełnie straciłem poczucie kiedy jest dzień powszedni, a kiedy weekend. Jednak im dłużej jestem w programie, tym bardziej mi zależy. Tancerzem nie będę nigdy, ale trud wkładany w to wszystko sprawia, że masz z tego satysfakcję i pojawia się jeszcze element rywalizacji.

Wróble ćwierkają, że druga solowa płyta znajduje się w trakcie zaawansowanego tworzenia…
Wróble mają dobre informacje. Potrzebuje trochę odskoczni od tego co gram z Boys. To będzie zaprzeczenie tego, co robiłem do tej pory. Na płycie znajdą się same ballady, wszystko przy żywych instrumentach. Czy takie popowe ballady w moim wykonaniu się spodobają? Pojęcia nie mam. Postanowiłem jednak zaryzykować.

Rozmawiał: Rafał Pazura
Foto: archiwum Marcina Millera

Tagi: , , , , , , , , ,

3 myśli nt. „Marcin Miller – król disco polo. I wszystko jasne… (wywiad)

  1. Pingback: Marcin Miller opowiada o sowich samochodach | Strona z muzyka disco polo i teledyskami mp3 do pobrania disco-polo

  2. Pingback: Wywiad: Marcin Miller o pasji do aut - NewsDiscoPolo.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *