Mini Cooper S 5D 192 KM – TEST

avatar
Rafał Pazura
05 października 2016

Reinkarnacja marki Mini dokonana przez BMW to jeden z najbardziej spektakularnych powrotów kultowej marki w historii. Co ważne – to był udany powrót, który zaowocował wysypem różnych wersji popularnego „Miniaka”. Wariacje nadwoziowe na bazie Mini są powszechnie znane na Wyspach: Clubman, Countryman, Traveller, Van, Pick-up czy Moke  ubarwiały brytyjskie ulice już w latach 60-tych ubiegłego wieku. Łączyło je jedno – zawsze były to odmiany 2 lub 3-drzwiowe. Tymczasem nowe Mini od blisko roku oferowane jest w wersji 5-drzwiowej. Już słyszę to zawodzenie i lament …

Denerwuje mnie każde podejście na zasadzie: „koniec świata”. Że Porsche produkuje SUV-y i do tego „przeprosiło się” z dieslem. Że Aston Martin zaczął produkować auta miejskie. Że Ferrari FF ma 5-drzwiowe nadwozie i wielki bagażnik. Że Skoda Octavia ma silnik 1.0 TSI i „na bank nie da się tym jechać”. Że Bentley ma SUV-a… no tu akurat się zgadzam, bo zgwałcono moje poczucie estetyki pokazując model Bentayga – ale to akurat wyjątek potwierdzający regułę. Stosując tę chorą analogię samochody dalej powinny jeździć na drewnianych kołach, bo tak przecież było u zarania motoryzacji. A te wszystkie wtryski paliwa, wielowahaczowe zawieszenia, konstrukcje pochłaniające energię podczas uderzania – to przecież wynalazki szatana. Dla wszystkich hejterów pięciodrzwiowej odmiany Mini mam jedno zdanie – to się nazywa ewolucja, bez której niemożliwy byłby postęp i lepszy byt ludzkości.

DSC_0131

Historia nowego Mini 5D to konsekwencja sukcesu Countrymana, który został świetnie przyjęty przez rynek. Producent postanowił dać nabywcom wybór – skoro przyjął się crossover, to dlaczego inaczej miałoby być z klasyczną wersją wzbogacona o drugą parę drzwi? Można właściwie dziwić się, że najpierw nie powstało pięciodrzwiowe Mini, a dopiero później jego uterenowiona wersja. Tak czy inaczej – możesz cieszyć się oryginalną sylwetką ikony motoryzacji i zarazem mieć nieco więcej możliwości transportowych.

Wygląd

to w przypadku Mini wizytówka i zarazem pewnego rodzaju więzienie dla stylistów. Muszą oni zmagać się z ponad półwiekowym genialnym dziełem sir Aleca Issigonisa. Reinkarnacja marki w 2001 r. wyszła im idealnie – wzorcowo zaadaptowali klimat retro do współczesnej mody i oddali jego niepowtarzalny charakter. Kolejna generacja pojawiła się dwa lata temu, ale wersja z drugą parą drzwi debiutowała w 2015 r.

????????????????????????????????????

Generalnie „kupuję” tę stylizację. Nie mam zastrzeżeń do proporcji auta. Dłuższe o 15,5 cm od wersji 3D nadwozie wygląda bardzo zgrabnie. Charakterystyczne dla marki detale po mistrzowsku komponują się z całością. Jedyne, co do mnie nie przemawia, to wielkość tylnych lamp zarówno wersji trzy, jak i pięciodrzwiowej. Osobiście widziałbym tu mniej nachalny gabarytowo klosz. Ale to oczywiście kwestia gustu. Poza tym – palce lizać. Tego auta nie da się pomylić z żadnym innym. Jego właściciel musi pogodzić się z wszechobecnymi i świdrującymi spojrzeniami ciekawskich. Inna sprawa, że kupujący Mini często właśnie na to liczy.

Mini trzeba kochać,

by zdecydować się na jego zakup. A jeśli to zbyt górnolotne słowa, to przynajmniej rozumieć ideę tego auta. Bo Mini to nie cukierkowy wygląd i lakier pasujący do kreacji. To głównie twarde zawieszenie, zegarmistrzowsko precyzyjny układ kierowniczy i endorfiny sączące się z uszu po wejściu i wyjściu z zakrętu. Dlatego dla mnie prawdziwe Mini zaczyna się od wersji Cooper, gdzie 136 KM daje już poczucie obcowania z nietuzinkowo jeżdżącym autem. Słabsze wersje, a więc One z benzynowym silnikiem o mocy 102 KM czy dieslami o mocy 96 lub 116 KM nie przemawiają do mnie w ogóle. Nawet mocny 170 konny diesel odmiany SD nie oddaje ducha, który oferują mocniejsze „benzyniaki”. Nie w nadwoziu Mini.

????????????????????????????????????

Prawdziwa „zabawa” zaczyna się z silnikiem zamontowanym w Cooperze S – 192 KM, które działały na moje zmysły w testowym egzemplarzu, to idealna propozycja dla kogoś poszukującego emocji sportowego auta na co dzień. Zamiast 1.6 litra jak u poprzednika tym razem mamy okrągłe 2 litry pojemności skokowej. Dźwięk czterocylindrowego motoru może się podobać. Mocne dodanie gazu wzbudza chropowate wibrato jednostki, które mogą wzbogacać dodatkowo strzały z wydechu, gdy nasza stopa do oporu wciska pedał przyspieszenia. Trochę to „gówniarski” zabieg, ale … jakże wiele daje radości.

Osiągi Coopera S na papierze to jedno. Prawdziwe emocje w przypadku tego modelu to wcale nie cyferki i imponujące dane techniczne. Wspomnę jednak, że „Miniak” przyspiesza od 0-100 km/h w 6,8 sekundy, a maksymalne wartości momentu obrotowego uzyskiwane są już przy 1250 obr./min. Z tego powodu auto wyrywa do przodu niemal z każdej pozycji wskazówki obrotomierza. Imponuje też prędkość maksymalna – 230 km/h. Nawet nie próbowałem zbliżyć się do tej wartości, bo emocje w przypadku Mini nie są zarezerwowane do gnania lewym pasem po prostej ile dała fabryka.

????????????????????????????????????

Trudno znaleźć auto,

które tak perfekcyjnie i szybko rozprawia się z zakrętami. Nisko położony środek ciężkości oraz słynna dewiza protoplasty – każde koło w samym narożniku podwozia – sprawiają, iż auto jeździ fenomenalnie. „Gokartowa frajda z jazdy ” – mówi folder reklamowy i trudno o bardziej trafne porównanie. Każdy przejechany zakręt uświadamia kierowcy, że można jeszcze szybciej i agresywniej. Układ kierowniczy należy do najlepszych mechanizmów jakie znam. Czasem wydaje się wręcz zbyt bezpośredni, ale trwa to tylko chwilę, gdy wsiądziemy do Mini z „tradycyjnego” auta pozbawionego telepatycznej symbiozy na linii: kierowca – oś skrętna.

Dla miłośników mocniejszych wrażeń dobra wiadomość – producent daje możliwość całkowitego wyłączenia systemu stabilizacji toru jazdy. Nie róbcie tego jednak na drogach publicznych – takie zabawy warto zostawić sobie na jazdę zamkniętym odcinkiem dedykowanym do takich popisów, np. torze. Zadziwiające jest to, że przednionapędowe Mini doskonale wypada pod względem trakcyjnym. Nawet, gdy nawierzchnia jest mokra, silne wciśnięcie „gazu” nie skutkuje zerwaną przyczepnością. Owszem, gdy „dajemy w palnik” maksymalnie, koła zabuksują, ale gdy umiejętnie dozujemy prawą stopą Cooper S potrafi wyrwać spod świateł nie tracąc nic na efektywności trakcyjnej. Tak dobrze nie było z poprzednią generacją.

????????????????????????????????????

W kwestii komfortu – tu wygrały geny odpowiedzialne za sport. Dlatego nie polubią go osoby stawiające na harmonijną pracę zawieszenia i miękkie tłumienie nierówności. Ale nie jest tak źle, bo powyższe doznania towarzyszą głównie, gdy jeździmy w trybie Sport smakując maksymalnych osiągów. Gdy ustawimy profil jazdy w pozycję Mid Mode, Mini łagodnieje, a zawieszenie zaczyna przejawiać pewną dozę komfortu. Co istotne, żaden z profili nie przekłada się na głośną pracę zawieszenia. Izolacja akustyczna podwozia jest po prostu wzorcowa. Z obowiązku wspomnę o profilu Green Mode. Odbiera on sporo wigoru silnikowi oraz skrzyni biegów – w tym przypadku była to 6-biegowa przekładnia automatyczna. To opcja rekomendowana wyłącznie do spokojnego snucia się w miejskim gąszczu pojazdów. Jazda w tym trybie Mini pozwoli zaoszczędzić ok. 1l w cyklu miejskim.

Skoro mowa o ekonomii. Nie jest źle. Nawet dynamiczne operowanie gazem w mieście oznacza zużycie na poziomie 10-12 l/100 km. Kto potrafi okiełznać swój temperament zmieści się w okolicach 8,5l/100 km. W trasie – wszystko zależy od tego, czy radość z dynamicznego przyspieszania wygra z rozsądkiem. Tę samą trasę o długości 124 km (Warszawa-Tłuszcz-Warszawa), w tych samych warunkach, pokonałem z wynikami odpowiednio: 6,2 i 8,9 l/100 km. Można więc ekonomicznie? Można.

Rzadko kiedy

nazwa auta jest adekwatna do tego, co można zastać w kabinie. Wnętrze Coopera S to kiepska opcja dla kogoś o wzroście powyżej 190 cm. Z przodu krótkie siedziska i wąskie oparcie na plecy nie sprzyjają, by podróżowali tam panowie posiadający karnety do siłowni. Jednak same fotele są wygodne i właściwie wyprofilowane. Mimo dłuższego nadwozia w kwestii ilości miejsca z tyłu nie można oczekiwać cudów. Miejsca na kolana i stopy starczy osobom do 160 cm wzrostu. Wąskie i otwierające się pod małym kątem tylne drzwi utrudniają także zajmowanie miejsca na kanapie. Ale dla rodziny w układzie nie kwalifikującym się do Programu 500+ ta dodatkowa para drzwi okazuje się zbawienna – choćby ze względu na łatwiejszy dostęp do fotelika. Także osoby bezdzietne, ale aktywnie spędzające czas docenią tę dodatkową przestrzeń. Przede wszystkim w bagażniku, który wciąż nie szokuje pojemnością (278 l), ale w zestawieniu z 211 litrami wersji trzydrzwiowej zdaje się być gigantem.

????????????????????????????????????

O stylizacji wnętrza zapewne napisano niejedną pracę magisterską w ASP. Design zdaje się walczyć tu z ergonomią, ale w rzeczywistości jest dużo lepiej niż w poprzedniej generacji. Niemal skopiowany z aut BMW system iDrive doskonale wywiązuje się ze swojej roli i pozwala łatwo oraz szybko zarządzać wieloma opcjami multimediów i personalizacją ustawień zgodnych z życzeniem kierującego. Wisienką na torcie jest wygląd i jakość wykonania tego co najważniejsze – czyli kierownicy w wersji John Cooper Works. Jest taka jak lubię – mała, mięsista w dotyku i posiada perforowaną skórę. Bajka.

Największy postęp nowe Mini notuje jednak tam, gdzie mało się spodziewałem. Chodzi o jakość wykończenia wnętrza. Poprzednik potrafił zrazić do siebie skrzypieniem plastików i doborem materiałów – dobre jakościowo sąsiadowały z tandetnymi. Producent wziął sobie do serca krytyczne uwagi i po prostu odrobił wzorowo lekcje pt. „jakość wnętrza”. Oddzielnym rozdziałem mógłby być ten o dostępnych opcjach, jakie w Mini można sobie zażyczyć konfigurując detale wnętrza wedle własnego gustu. Mógłby być – odsyłam jednak na stronę producenta, bo tylko tak można zrozumieć ideę, że spotkanie takiego samego Mini jest praktycznie niemożliwe.

????????????????????????????????????

Oczywiście Mini Cooper S

nie może być tani. Z takim wyglądem i osiągami auto ociera się o górne granice w klasie, choć przyznać trzeba, że jedynym godnym rywalem dla niego może być tylko Citroen DS3 – póki co nie dostępny jednak w nadwoziu 5D. Najtańsza wersja pięciodrzwiowa Cooper S to wydatek 108,2 tys. zł. Ale to zaledwie początek wydatków, bo „układając” sobie Mini z dostępnych i atrakcyjnych dla oka „klocków” osiągniemy pułap 160 tys. zł – jak w przypadku testowego egzemplarza, który wyposażono w masę mniej lub bardziej przydatnych dodatków. Nie będę rozwodzić się, w które lepiej zainwestować, a w które nie. Z jednym wyjątkiem – zdecydowanie polecam automatyczną i 6-biegową sportową skrzynię biegów. Za 8 162 zł dostaniecie odmianę z łopatkami do ręcznej zmiany przełożeń, dzięki czemu skupicie swoją uwagę na prowadzeniu i pewnym chwycie kierownicy.

Ciasne wnętrze, ograniczona praktyczność mimo nadwozia z dodatkową parą drzwi i astronomiczna cena. Biorąc to wszystko racjonalnie i na chłodno – zakup pozbawiony sensu. Do czasu, gdy nie wsiądziesz i nie spędzisz za kierownicą Mini choćby dwudziestu minut, łykając z każdym zakrętem kolejną porcję endorfin jaką w hurtowych ilościach produkuje Cooper S. I wtedy zaczynasz szperać w konfiguratorze analizując ile wyniesie rata kredytu za nieco mniej wypasioną wersję, byleby z tym silnikiem.

Tekst i zdjęcia: Rafał Pazura

 

Tagi: , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *