Nowy Mini One D – TEST

Nowy Mini One D - TEST
avatar
Michał Strzyżewski
14 maja 2015

Są samochody, na których test czeka się bardziej, niż zazwyczaj. Tak było w moim przypadku z nowym Mini One D. Byłem szalenie ciekaw jak ten legendarny już model wypada przy bliższym poznaniu, ponieważ dotychczas mój kontakt z tą marką ograniczał się do paru kilometrów przejechanych Countrymanem. Co wyszło z mojej weekendowej przygody z „miniaczem”? Zapraszam do testu.

Wygląd

Zazwyczaj testy zaczynam od powiedzenia paru słów o tym jak samochód się prezentuje. Tutaj również miałem taki pomysł, jednak napotkałem na spory problem z oceną prezencji testowanego Mini. Wszystko za sprawą tego, że wiem, że samochód ten musi wyglądać tak jak wygląda. Zatem czepianie się małej ilości zmian względem poprzednika jest nie na miejscu. Tak samo nie mogę zgłaszać zastrzeżeń to dziwnego „wyrazu twarzy” składającego się z wytrzeszczonych przednich świateł oraz atrapy chłodnicy z wyraźnie zaakcentowanym grymasem niezadowolenia.

Mini-One-D-tyl

Takie po prostu Mini jest i albo się komuś podoba, albo nie. Ja osobiście zaliczam się do tego drugiego grona osób i to właśnie w charakterystycznym wyglądzie samochodu dostrzegam jego największą bolączkę. Może nie jestem trendy, ale Mini to po prostu nie moja bajka.

Wnętrze

O mankamentach bryły auta zapomniałem niemal od razu po zajęciu miejsca za kierownicą. Tutaj przed testem miałem pewne obawy, ponieważ jestem fanem raczej prostych kokpitów opartych o stonowane linie, a na dodatek kontakt z kabiną Countrymana wspominam bardzo źle – była ona zwyczajnie tandetnie wykonana. Pierwsze parę kilometrów rozwiało jednak moje obawy.

Mini-One-D-wnetrze

Nowe Mini w środku wygląda świetnie. Jest „przekombinowane” – to nie ulega wątpliwości, ale czuć tutaj spójność całego projektu. To, że designerzy dodając kolejne elementy nie robili tego na „chybił-trafił”, a mieli w głowie konkretny koncept. To, co jednak najbardziej cieszy w kabinie nowego Mini to smaczki i detale. Włącznik silnika umieszczony jest na konsoli centralnej i ma kształt przełącznika z myśliwca wojskowego. Przy każdym uruchomieniu samochodu można poczuć się jak pilot odbezpieczający rakiety. Na dodatek element ten pulsuje czerwonym światłem, zachęcając wręcz kierowcę do skorzystania z niego.

Oświetleniu kabiny należy się osobny akapit, ponieważ tak ciekawe rozwiązania rzadko można spotkać w samochodzie. LED-owe światło znaleźć można na boczkach drzwi, oświetlone są nim nogi, diody znajdują się też na podsufitce (i snop delikatnego światła kierują na okolice gałki zmiany biegów), a całośći dopełnia ogromny środkowy pierścień. Reaguje on dodatkowo na to, co dzieje się z samochodem. Gdy czujniki wskazują bliskość innego samochodu zapala się na czerwono. Gdy regulujemy temperaturę zmienia kolor na niebiesko-czerwony. Gdy zwiększamy głośność radia świeci się coraz większa część pierścienia – rewelacja. Domyślny kolor oświetlenia można regulować przyciskami przy lusterku wstecznym, a dostępna paleta barw sprawi, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Mini-One-D-przycisk-Start-Stop

Kabina Mini nie tylko świetnie wygląda, ale też raduje pasażerów dobrą jakością materiałów. Zastosowane tworzywa są miękkie, dobrze spasowane i miłe w dotyku – czuć tu klasę premium. Jedynie zegary trochę skrzypią jak się je naciśnie, ale przy normalnej eksploatacji nie będzie to doskwierało kierowcy praktycznie nigdy. Do często dotykanych elementów nie można się w żaden sposób przyczepić. Niestety bardzo słabo wypada podłokietnik, który zdaje się być tu umieszczony na siłę. Jest niewygodny, ogranicza dostęp do sterowania systemem iDrive oraz obsługi hamulca ręcznego. Po jego podniesieniu czasami zahaczałem o niego łokciem – jeśli więc ktoś decyduje się na Mini i ma możliwość rezygnacji z podłokietnika – zdecydowanie polecam.

Do ergonomii obsługi instrumentów pokładowych nie mam większych zastrzeżeń. iDrive, który jest sercem samochodu jest rozbudowany i jego obsługi trzeba się nauczyć, jednak BMW uprościło go tak, jak się tylko dało. Menu nie mają wielu poziomów, nawigacja odbywa się przez wygodne pokrętło – jest OK. Podobnie z resztą urządzeń – wszystkie przyciski są pod ręką, dobrze opisane.

Mini-One-D-tylna-kanapa

Jeśli chodzi o przestronność to oczywiście nie można po Mini oczekiwać cudów. Z przodu jest dobrze, a przez wszechstronną regulację ja – osoba o wzroście 185 cm – bez problemu mogłem zająć wygodną pozycję za kółkiem. Jednak siedząc na przednim fotelu Mini cieszyłem się, że nie będę musiał podróżować nim z tyłu – tam naprawdę jest ciasno. Problemem jest przede wszystkim miejsce na nogi, bo nad głową przez poziomą linię dachu miejsca jest całkiem sporo. Jednak dolne kończyny, zwłaszcza gdy przed nami zasiądzie ktoś wyższy będą miały spory kłopot – całe szczęście, że tylna część przednich foteli wykończona jest miękką tkaniną. Mimo to uważam, że osoby dorosłe do tyłu Mini powinny wsiadać wyłącznie w sytuacjach awaryjnych. Bagażnik Mini to 211 litrów – tutaj nie ma co wymagać cudów, na zakupy wystarczy.

Prowadzenie

Czas zająć się tym, jak nowe Mini radzi sobie na drodze. Opowieść o tym zacznę od powiedzenia paru słów o zastosowanej jednostce napędowej – w testowym Mini One D pracował 3-cylindrowy silnik diesla o pojemności 1,5 litra i mocy 95 KM. Motor ten ma jedną ogromną wadę oraz wiele zalet. Zacznę od plusów. Przede wszystkim jest oszczędny – średnia z testu wyniosła w moim przypadku równe 5 litrów (nie sugerujcie się wartościami na zdjęciach – fotografie robiłem zaraz po zresetowaniu komputera, gdy samochód albo stał, albo przemieszczał się na jedynce po parkingu). A wcale nie oszczędzałem Mini – prawie cały czas włączony miałem tryb Sport, a jazda była dynamiczna. Spokojna jazda w trasie bez problemu pozwoli obniżyć ten wynik do wartości około 3,5 litra (tyle można osiągnąć podczas regularnej przemieszczenia się z prędkością 90-100 km/h). W mieście spalanie nie powinno przekraczać 6 litrów, a nawet na autostradzie – dzięki obecności 6 biegu – nie udało mi się spalić więcej niż 6-7 litrów. Sprawia to, że zasięg małego Mini w trasie może przekroczyć 1000 kilometrów na jednym tankowaniu!

Mini-One-D-zegary

Silnik też nie zawodzi jeśli chodzi o dynamikę. Nie jest to sportowiec, jednak dzięki zastosowaniu podwójnej turbosprężarki mocy zazwyczaj nie brakuje. Do prędkości 60 km/h jest bardzo dobrze, później jest po prostu dobrze. Nawet przy prędkościach autostradowych Mini nie ma większych problemów z przyspieszaniem i wyprzedzaniem wolniejszych kierowców na prawym pasie. Jest przy tym bardzo kulturalny – jednostki 3-cylindrowe zazwyczaj nie brzmią zbyt dobrze, a w przypadku Mini ciężko jest zorientować się siedząc w kabinie, że właśnie z taką ilością cylindrów mamy do czynienia. W ogóle cały samochód jest dobrze wyciszony i podczas jazdy nawet z prędkością 140 km/h nie doskwiera pasażerom nadmierny hałas.

Wspominaną wadą tego silnika jest fakt, że wyjątkowo do Mini nie pasuje. Charakter tego samochodu wręcz wymusza umieszczenie pod maską mocnego silnika benzynowego, który uczyni z Mini rasowego drogowego przecinaka. Klekot diesla odbiera lansowaniu się (a w końcu też po to kupuje się „miniacza”) tym samochodem sporo uroku.

Mini-One-D-felga

Mocniejsza jednostka przydałaby się też, aby dotrzymać kroku stylowi prowadzenia się Mini, a to zasługuje na najwyższe słowa uznania. Mini promuje ten model hasłem „Gokartowa radość z jazdy” – muszę przyznać, że nie są to słowa rzucone na wiatr, co czuć zwłaszcza w trybie Sport. Tak jak w gokarcie pedały chodzą z zauważalnym oporem, podobnie jak kierownica. Aby zmienić przełożenie w skrzyni biegów również trzeba włożyć w tę czynność siłę. O tym jak dużą przekonałem się, gdy przesiadłem się z Mini do „zwykłego samochodu” – aż nie mogłem uwierzyć, że wszystko chodziło w nim tak lekko i bezpłciowo.

W Mini jest zupełnie inaczej, a co najlepsze kierowca ma wybór. Może jechać albo spokojnie w trybie Eco, albo usztywnić wszystko co się da na „Sporcie” i czerpać ogromną radość z pokonywania kolejnych zakrętów. Pozwala na to precyzyjny i czuły układ kierowniczy oraz sztywne i twarde zawieszenie – Mini to zdecydowanie nie jest samochód dla osób z chorobą lokomocyjną. Na nasze drogi „zawias” jest wręcz zbyt twardy, ale – mając w pamięci jakie niesie to za sobą benefity – wcale mi to nie przeszkadzało.

Mini-One-D-swiatla

Na każdą okazję – za ile?

To, co też spodobało mi się w Mini to jego uniwersalność. Nie jest to oczywiście samochód rodzinny, ale gdy jedziemy nim sami albo z drugą osobą, to obojętnie czy wybierzemy się do centrum handlowego, czy na drugi koniec Polski jadąc autostradą – Mini da radę. W mieście sprawdza się bardzo dobrze zwłaszcza przez niewielkie wymiary i dobrą widoczność – tu procentuje klasyczna, regularna bryła nadwozia. Jedynie przez stosunkowo pionową przednią szybę i długi dach ograniczone jest pole widzenia do góry, przez co nieraz aby zobaczyć sygnalizator na skrzyżowaniu musiałem rozruszać swoją szyję.

Teraz przejdźmy do ceny – testowy egzemplarz kosztował 119 000 zł, a nie był wcale topowo wyposażony. Na liście wyposażenia na uwagę zasługiwały takie pozycje jak adaptacyjne światła LED z przodu (świecą rewelacyjnie – pozycja obowiązkowa przy kupnie Mini), pakiet Wired za 9 705 zł (m.in. nawigacja, sportowa kierownica, obsługa multimediów), pakiet Pepper za 5 293 zł (m.in. klimatyzacja automatyczna, rozbudowany komputer pokładowy, czujniki deszczu ), czujniki parkowania z tyłu. Bawiąc się konfiguratorem można spokojnie zwiększyć cenę Mini o kolejne kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy.

Mini-One-D-kabina

Podsumowanie

Czy zatem kupiłbym Mini? Mimo tego, że po paru dniach pokochałem sposób w jaki się nim jeździ…to jednak nie zdecydowałbym się na niego. Za taką cenę oczekuję, że samochód musi cieszyć moje oczy za każdym razem, gdy go zobaczę. A Mini po prostu mi się nie podoba. Jednak abstrahując od tego – jest to rewelacyjny samochód. Taki, który daje kierowcy worek emocji i drugi, jeszcze większy wór frajdy z jazdy (zwłaszcza z mocniejszym silnikiem benzynowym pod maską). Więc jeśli ktoś jest fanem charakteru i specyficznego stylu tego samochodu i ma odpowiednią ilość pieniędzy, to wręcz nie ma wyboru – musi go kupić. Albo przynajmniej się nim przejechać. A po przejażdżce pewnie i tak go kupi…

Michał Strzyżewski

Tagi: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *