Radek Pazura zwierza się ze swoich motoryzacyjnych fascynacji

avatar
Rafał Pazura
06 stycznia 2011

Nie prowadził, kiedy doszło do tego tragicznego wypadku. Od tej pory musi sam siedzieć za kierownicą, by psychicznie znieść jazdę samochodem. Czekając na umówione spotkanie pod jednym z warszawskich centrów handlowych widzę, jak zza zakrętu wyłania się pachnące nowością, przepiękne Subaru Outback. Nie można zacząć tej rozmowy inaczej…

Rafał Pazura: Jak zaczęła się twoja przygoda z Subaru? 
Radek Pazura: Dość przypadkowo. Od wielu fachowców motoryzacyjnych słyszałem wcześniej sporo dobrego na temat tej marki. Na planie pierwszej części „Sfory” poznałem dyrektora z Subaru.

Auta tej marki „grały” na planie tego serialu. Ten gość zaczął mnie namawiać właśnie za zakup Forestera. Spośród wielu zalet przemówił do mnie argument świetnego napędu na cztery koła. Akurat wprowadziliśmy się z moją obecną żoną do nowego domu, gdzie dojazd do tej pory stanowi wyboista i nieutwardzona droga. Takie auto zdawało się być idealne dla nas. Poza tym zapewnia świetny komfort i bezpieczeństwo. Dlatego zdecydowałem się właśnie na Subaru. Pamiętam moje problemy z poprzednim autem. Był to Ford Focus. Katowany był okrutnie po naszych kiepskiej jakości drogach i przede wszystkim na odcinku dojazdowej drogi do domu. Szybko nie wytrzymało jego zawieszenie, wybiły się amortyzatory. Kiedy więc na planie wsiadłem po raz pierwszy do Forestera, od razu zakochałem się w nim.

Jaki miał silnik?
2.0 turbo. 180 koni, sprawnie radził sobie z nie lekkim w sumie autem.

Minęło kilka lat i sprzedałeś Forestera. Od kilku tygodni jeździsz kolejnym modelem tej marki.
Po czterech latach bezproblemowej eksploatacji przyszła pora na zmianę. Tym bardziej, że powiększyła się nam rodzina (pięciomiesięczna córka Klara – przyp. red.). Trzeba było pomyśleć o czymś większym. Zdecydowałem się na Subaru Outback.

Też na turbinie?
Nie, ale ma mocny, sześciocylindrowy silnik Boxer, 3,0 l i 245 KM. Jeszcze się nim nie zdążyłem nacieszyć. To duże rodzinne auto, dokładnie takie jakiego szukałem.

Jednak nie zawsze jeździłeś tak mocnymi autami. Zaczęło się od…?
Hehe, no jak większość Polaków, od małego Fiata 126p. To był samochód Doroty, którym jeździła na studiach.

Mieściłeś się w nim?
Jasne, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Najgorsze w maluchach były anty-siedzenia, bo nazwać to „coś” siedzeniem to gruba przesada. Ale tata Doroty był mechanikiem i wstawił jej skórzane fotele, nazywane wtedy lotniczymi. Poprawiło to zdecydowanie komfort „maluszka”. Miało to dla nas istotne znaczenie, bo fiacik stanowił wtedy nasz drugi dom. Mieliśmy pracę w Warszawie, a studiowaliśmy i mieszkaliśmy w Łodzi. Nie raz zdarzało się nam spać w nim. Po zajęciach w drogę do stolicy i nocka pod Teatrem Polskim. Fotele się rozkładały i proszę bardzo… pełen komforcik (śmiech). Gorzej było z toaletą, ale trzeba było sobie jakoś radzić.

Później przyszła kolej na auta marki Mitsubishi.
Najpierw był wysłużony, ale dziarsko radzący sobie Colt. Mały, ale całkiem przestronny w środku, silnik 1.3 litra, wtedy dla mnie miał niezłe kopyto. Zaraz po nim Galant, ale w wersji amerykańskiej. Był naprawdę komfortowy – biała skóra, automat. Bardzo go lubiliśmy, choć pamiętam, że potrafił sporo spalić.

Pazura-1

Do tej pory były to dość wysłużone i wiekowe auta. Wreszcie przyszedł czas na nowe z salonu.
Był to wspomniany wcześniej Ford Focus. Wybrałem wersję 3-drzwiową z mocnym silnikiem 2.0 litra. A Dorota kupiła sobie „kaczkę”.

Czyli kultowego citroena 2 CV?
Nie, tak nazywaliśmy Forda Ka (śmiech). Ten mały damski wozik uczestniczył jednak w dość poważnej kolizji. Na szczęście nic się nie stało Dorocie. Ale zostaliśmy z jednym autem. A że oboje różnie pracujemy i musimy przemierzać spore odległości, to przez jakiś czas jeździłem pożyczonym Daewoo Lanosem.

Sporo tych samochodów
Taki był wtedy okres, częste zmiany, roszady, sytuacje losowe. Zanim jednak uzupełniliśmy brak drugiego samochodu miejsce rozbitej „kaczki” Doroty zajęła Honda CR-V. Ja znów jeździłem Focusem po chwilowej przygodzie z Lanosem.

Focusa jednak sprzedawałeś nie po to, by zamienić go na inny model?
Miałem poważny wypadek samochodowy, jako pasażer. Długo trwała moja rehabilitacja. Trzeba było sprzedać jedno z aut.

Czy na planie filmowym zdarza ci się prowadzić auta w scenach wymagających większych umiejętności od typowego kierowcy?
Zdecydowanie należy to do zawodowców. To zbyt poważne i niebezpieczne, by nie przygotowany aktor sam brał się za takie sprawy. Nigdy bym się sam nie podjął wykonywać takich manewrów jak kaskaderzy. No i nie te budżety w razie niepowodzenia (uśmiech). Potem to wszystko oczywiście jest montowane i wygląda jakbym to ja prowadził. Jednak podczas zdjęć niewymagających wybitnych zdolności kieruję samochodami. I wcale nie jest to takie proste na początku. Auta oblepione są bowiem sprzętem, kamerami. Czasem kamera jest na masce, ale często na specjalnych ramionach przymocowanych do nadwozia, które wystają na mniej więcej pół metra na boki. Należy się nauczyć tak jeździć, pamiętać i uważać, by podczas mijania się nie zahaczyć gdzieś drogą aparaturą filmową. Musisz koncentrować się na akcji, rozmawiać z partnerką, odpowiednio ustawiać sylwetkę do kamery. Dlatego trzeba mieć zakodowane gdzieś głęboko, że jedzie się szerszym niż to się wydaje pojazdem. Znam przypadki, że aktorzy uszkodzili przez nieuwagę bardzo drogi sprzęt. Na szczęście mnie się to nie przytrafiło.

Często bywasz za granicą. Na pewno jeździsz po innych, lepszych drogach. Czy zauważyłeś jakieś istotne różnice w zachowaniu za kółkiem naszych rodaków i kierowców z zachodniej Europy?
Nie da się ukryć, że jeździmy inaczej. Myślę, że to wynika z innej mentalności Polaków. Historia myślę naznaczyła nas specyficznie. Często walczyliśmy z jakimś reżimem, ustrojem, czy narzuconym porządkiem. Wychodziliśmy na ulice, protestowaliśmy, walczyliśmy. Chyba przez to mamy trudność z podporządkowaniem się do reguł, prawa, czy kodeku drogowego. Pamiętam to po samym sobie. Wiele lat temu byłem w Berlinie w czasie, kiedy kilka dni wcześniej wprowadzono w Niemczech ograniczenie prędkości do 50 km/h w terenie zabudowanym. Byłem zszokowany, że wszyscy od razu potrafili się przestawić i podporządkować temu przepisowi. Wydawało mi się to bez sensu, że wszyscy snują się żółwim tempem. Dla nich nie stanowiło to żadnego problemu. Jest przepis i koniec. Wszyscy jadą tak samo. Bez gadania, jakiś komentarzy. I co ciekawe, tam ten przepis zdaje rezultat. Ruch odbywa się płynnie, bezstresowo, a aut jest tam sporo więcej niż u nas. Nie wiem, czy to kwestia super dróg, czy jakiejś genialnej synchronizacji świateł. Ale tam to po prostu działa.

Pazura-2

Rozumiem więc, że sam widząc jak sprawdza się to gdzie indziej jeździsz 50 km/h po Warszawie?
Niestety nie. Poddaję się temu, co jest u nas normą. Wyobraź sobie kogoś jadącego lewym pasem na trzypasmowej jezdni przepisową prędkością. No przecież zaraz będziesz strąbiony, wyzywany. Ludzie będą cię mijać z prawej strony i pukać się w czoło. Powiem więcej. Paradoksalnie, jadąc przepisowo możesz spowodować nie tylko zagrożenie, ale i wypadek. To lekka paranoja, ale tak faktycznie jest. Oczywiście logicznie rozumując, łamanie przepisów przekłada się na wypadki, na to że jesteśmy w ścisłej światowej czołówce w niechlubnej statystyce ilości ofiar na drogach. Musi minąć jeszcze bardzo wiele lat, zanim mentalnie przestawimy się do respektowania ustalonych zasad, także tych na drodze. Teraz mamy otwarte granice. Możemy zobaczyć, przekonać się jak inni w swoich krajach zachowują się za kółkiem. Może to nas z czasem wyedukuje. Ale na razie ta nasza mentalność wiecznej walki, zmagania się ze wszystkim bierze górę. Póki co, tacy właśnie jesteśmy. Ja też taki jestem.

Ponad cztery lata temu miałeś bardzo poważny wypadek samochodowy. Czy przełożyło się to jakoś na twój sposób jazdy, jakieś zachowania?
To ciekawe, jak skonstruowany jest ludzki mózg. W formie obrony eliminuje on z pamięci najgorsze przeżycia. Ja cały wypadek mam wycięty z pamięci. Zresztą w momencie tego fatalnego zdarzenia spałem. Byliśmy w drodze z jednego występu na drugi. Położyłem się na tylnym siedzeniu i po prostu spałem. Nie mogę więc kojarzyć tego, co się wydarzyło. Ale całkowicie wymazała mi się pamięć o tym, co było potem. Nic zupełnie nie pamiętam. Dopiero później dowiedziałem się od świadków zdarzenia, że byłem przytomny i rozmawiałem z ludźmi, którzy wyciągali mnie z wraku auta. Podawałem numery telefonów, gdzie mają zadzwonić. Nie zgodziłem się też na zawiezienie mnie do pobliskiego szpitala. Prosiłem o przewiezienie mnie do Warszawy.

Podobno to uratowało ci życie?
Prawdopodobnie tak. W okolicznym szpitalu, gdzie miałem być pierwotnie przewieziony nie było odpowiedniego sprzętu, by wykonać tomografię głowy i wiele innych kluczowych badan. Mój upór, by karetka zawiozła mnie do szpitala w Warszawie miał istotne znaczenie, że skończyło się to ostatecznie dobrze. Klika godzin później byłem już nieprzytomny. Obrażenia były naprawdę bardzo poważne. Balansowałem kilka dni na granicy życia i śmierci. Zapadłem w śpiączkę. Zapewne okazałoby się, że muszę być przewieziony do innego miejsca z takimi obrażeniami. Tu czas mógłby już działać na moją niekorzyść. Ale stało się tak jak się stało, za co wdzięczny jestem opatrzności i Bogu. Poza tym, gdym spał w aucie ułożony głową w przeciwną stronę, prawdopodobnie nie prowadzilibyśmy dziś tej rozmowy.

Szybko wróciłeś za kierownicę?
Minęło chyba pół roku, jak tylko rehabilitacja sprawiła że mój stan pozwalał na to. Ale nie było nic, co sprawiło bym miał problem z powrotem za kierownicę. Jest jednak coś, co mnie zmieniło. Mam sporą blokadę żeby wsiąść do auta jako pasażer. Unikam tego jak tylko mogę. Nawet teraz, po ponad czterech latach, kiedy gramy dużo spektaklów jeżdżąc ze sztuką „Goło i wesoło” po całej Polsce, ja podróżuję sam, własnym autem. Wszyscy koledzy, aktorzy, ekipa jeżdżą busem razem, a ja… sam autem za nimi. Czuję się po prostu niekomfortowo, mam stres. Tylko z żoną, kiedy ona prowadzi jadę spokojnie jako pasażer. Tylko wtedy. Jak już nie ma wyjścia – a bywają takie sytuacje – podróżuję pociągiem.

A wcześniej jako młody kierowca miałeś jakieś nieprzyjemne sytuacje na drodze?
Szczególnie jedna utkwiła mi w pamięci. Na pierwszym roku studiów, w okresie fuksówek (tym mianem określa się „falę”, „chrzest kotów” m.in. na uczelniach aktorskich – przyp. red.) jechałem maluchem z moją żoną Dorotą. Wtedy oczywiście jeszcze nie żoną, bo znaliśmy się dosłownie dwa, trzy tygodnie. Wracaliśmy po bardzo długiej prywatce. Ja prowadziłem. Byłem zmęczony, ale nie pod wpływem alkoholu. I wstyd się przyznać – zasnąłem za kierownicą. Auto zjechało z drogi, złapało pobocze i dachowało. Na szczęście wylądowaliśmy w szczerym polu. Wiadomo co znaczy dachowanie małym fiatem, ale jakimś cudem nic, poza drobnymi potłuczeniami, nam się nie stało. Samochód jednak wymagał totalnej naprawy. Baliśmy się przyznać rodzicom do wypadku i rozbicia samochodu. Jako, że ja prowadziłem zwróciłem się o pomoc do cioci i stryjka z Pobierowa. Oni pożyczyli nam pieniądze na naprawę i tym sposobem uniknęliśmy gniewu rodziców. Po latach oczywiście powiedzieliśmy im o wszystkim, ale wtedy zatajenie prawdy wydawało się nam jedynym wyjściem. Co ważne, to traumatyczne doświadczenie zbliżyło nas do siebie. Paradoksalnie wypadek jakby scementował uczucia, które wówczas między nami się rodziły. Tak więc czasem i dramatyczne okoliczności potrafią nieść ze sobą jakieś pozytywne rozwiązania.

Rozmawiał: Rafał Pazura

Wywiad przeprowadzono dla autoGALERIA.pl w 2007 roku.

PS. Przeczytaj ten wywiad w serwisie autoGALERIA.pl: Moto story

Tagi: ,