Rock’n’roll na czterech kołach

avatar
Rafał Pazura
04 kwietnia 2011

Adam Wolski, frontman zespołu Golden Life, opowiada portalowi TestySamochodowe.pl o swoim nowym projekcie muzycznym i motoryzacyjnych fascynacjach. Pretekstem do rozmowy jest nowa płyta, którą nagrali wspólnie Mikis Cupas (Wilki) i Adam Wolski (Golden Life).

TestySamochodowe: Płyta Mikis/Wolski to Wasza pierwsza, niezależna od zespołów, w których gracie, produkcja. Skąd w ogóle wziął się ten pomysł?
Adam Wolski: Skąd? Z nudów. Mikis gra w Wilkach, ja śpiewam w Golden Life. Nasze życie toczy się od płyty do płyty, od koncertu do koncertu. Przyznaję, że robotnikowi w fabryce azbestu, który odbija kartę pracy o 7.00 rano może to wydać się ekscytujące, ale – pomijając pewne niuanse – to praca jak każda inna. Tu też wkrada się rutyna, schematyczność. Aby zabić tę rutynę wpadliśmy z Mikisem na pomysł, by zrobić coś wspólnie, gdy przypadkowo spotkaliśmy się nartach w Zakopanem.

Od pomysłu do realizacji jednak dość kręta droga…
Po powrocie do Warszawy spotkaliśmy się dość szybko, a Mikis przedstawił mi kilka gotowych kawałków. Posłuchałem chwilę i od razu wiedziałem, że to bardzo fajny materiał. Rzuciłem więc hasło – zróbmy całą płytę. A Mikis – dobra. I poszło.

Wiem, że w dobie współczesnej techniki, każdy może domowym sposobem nagrać płytę, mało kto jednak chce to później wydać.
Było podobnie jak mówisz. Płytę nagraliśmy najpierw sami, w domu. Następnie poszliśmy do wytwórni. Ludzie z Universalu najpierw przesłuchali materiał, a potem powiedzieli, że im się podoba i chcą podpisać kontrakt na wydanie dwóch płyt.

Jakieś ekspresowe tempo…
Nie do końca, trwało to nieco dłużej. Od pomysłu zrodzonego w górach, do chwili, gdy trzymam płytę w ręku, minęły trzy lata. Nikt tu się nie spieszył. Robiliśmy wszystko na pełnym luzie. Rok temu pojawił się pomysł, by pokazać to komuś z zewnątrz, z wytwórni. Jedno spotkanie, drugie, trzecie, kontrakt.

Płyta pojawiła się w sklepach 25 marca. Jakoś mało słychać o tym w mediach.
Przyznaję, nie ma jakiegoś szału promocyjnego, ale pracujemy nad tym, by systematycznie pojawiać się w rozgłośniach, wywiadach etc. Zrealizowaliśmy już teledysk do numeru „Serce”. Generalnie w Polsce niemal każdy zespół ma problem z promocją. Liczymy też na aktywność w portalach społecznościowych.

Wspominałeś, że kontrakt dotyczy wydania dwóch płyt.
Chcemy nagrać jeszcze jedną. To, co stworzyliśmy, nam osobiście bardzo się podoba. Zobaczymy jak rynek przyjmie tę płytę. Od tego uzależniamy dalszą intensywność prac

A trasa koncertowa? Pogodzić to z macierzystymi zespołami chyba nie będzie łatwo?
Band już mamy. Nie napinamy się na nic, nie liczymy nawet na zyski. Ta płyta to projekt, który powstał spontanicznie. Wszyscy członkowie kapeli robią coś innego w swoim życiu. To dla nas trochę taka przygoda. A jak okaże się, że ludzie też to polubili, wtedy zobaczymy co dalej.

Nie było między Tobą a Mikisem przeciągania liny? Każdy ma przecież swoje muzyczne preferencje, inspiracje?
Nic z tych rzeczy. Ja czułem intuicyjnie, że Mikis chce pójść w tym samym kierunku, co ja. Przekonałem się o tym, gdy mi zaprezentował pierwszy numer.

rocknroll-1

Tworzyliście razem, czy podzieliliście się pracą?
Wszystkie kompozycje są Mikisa, choć pracowaliśmy nad materiałem wspólnie. Najwięcej uwag zaznaczałem, co oczywiste, przy vocalach, bo to mój konik.  Tak dobrze pracowało się nam wspólnie, że nikt niczego nie musiał robić na siłę. Myślę, że Mikis doskonale zna mój styl śpiewania oraz moją barwę głosu i nieco pode mnie tworzył. Ja robiłem, interpretowałem wszystko tak, jak sam to widziałem i czułem. On z reguły miał podobne zdanie, ale gdy coś mu się nie pasowało, to mówił otwarcie. I wtedy zmienialiśmy kierunek poszukiwań, dochodziliśmy do wspólnego punktu. Sądzę, że swoim śpiewem trafiałem raczej w jego estetykę i wyobrażenie o tym, co chcieliśmy wspólnie stworzyć. Podobnie jak on wpasowywał się w mój gust swoją grą i kompozycjami. Przy miksowaniu i produkcji, w której on grał główną rolę, oczywiście pytał się mnie o zdanie, konsultowaliśmy wiele spraw. Czasem wpadłem na jakiś pomysł – np. mówiłem, że bardziej podbarwiłbym coś, tu dałbym więcej klawiszy, a tu mniej.

Zaskakująco zgodna i przyjemna praca…
Przyznam, że jeszcze nigdy mi się tak swobodnie i lekko nie pracowało. To była czysta przyjemność.

Kto jest autorem tekstów?
To generalnie wspólne dzieło. Jednak nie było łatwo. Poprosiliśmy więc o pomoc koleżankę, Martę Szelichowską. Dziewczyna jest mocno obyta w słowie. Wcześniej wiele razy ratowałem się konsultacjami z nią, gdy musiałem coś napisać. Pomagała mi lepiej ubrać w słowa pewne myśli. Do tej płyty ona po prostu usiadła i napisała kilka fajnych tekstów. Część numerów w warstwie tekstowej powstała wspólnym wysiłkiem przy stole. Niektóre to autorskie pomysły moje czy Mikisa. Ogólnie rzecz biorąc, z efektu końcowego jesteśmy zadowoleni.

Koledzy z zespołów nie mieli obiekcji, że niejako wyłamujecie się?
Mimo, że jestem wokalistą Golden Life i przez to bardziej mnie widać, to nie ja jestem guru w zespole. Ani ja, ani Mikis nie jesteśmy liderami w swoich kapelach. Najważniejsze, że dogadaliśmy się, nikt nikomu wyrzutów nie robił. Przeciwnie, słyszymy raczej – super, rozwijajcie się, twórzcie. To może być przecież kreatywne dla wszystkich.

rocknroll-2

A co słychać w Golden Life?
Wszystko ok. Mijają właśnie 22 lata odkąd gramy. Trochę leci ten czas (śmiech). Poza tym cały czas koncertujemy. Każdy z nas utrzymuje się z tego grania. Wiem, że nas za bardzo nie widać w mediach, ale teraz polska muzyka rockowa jest chyba na samym końcu. Sam wiesz, co się puszcza w większości rozgłośni. My robimy swoje. Gramy koncerty, występujemy w klubach. Dziś, w dobie „torrentów” itp., płyty sprzedaje się głównie po koncertach. Wozimy więc je ze sobą i jak ktoś po występie chce kupić, proszę bardzo. Mamy też nowego managera i okazało się, że nagle tego grania jest więcej. To nas motywuje, okazuje się, że z tego zespołu można jeszcze coś wykrzesać. Oczywiście jak wydamy nową płytę będziemy chcieli „zaszumieć” w mediach, ale łatwo nie będzie. Jak nie występujesz w teleturniejach…(śmiech)

Skład wciąż ten sam?
W zeszłym roku jeden kolega wyłamał się i odszedł (gitarzysta – przyp. red.). Postanowił robić większą karierę i teraz gra u … Dody. Przyjęliśmy nową osobę – to Paweł Smaga Smakulski. W tym roku myślimy o tym, by zacząć prace nad nową płytą i może nawet ją skończyć. Takie są plany.

Początek waszego grania zwiastował sukcesy międzynarodowe. Wygraliście ważny, branżowy festiwal w Austrii…
To było w 1992 roku w Bregenz. Zaśpiewaliśmy kawałek pt. Baby z naszej drugiej płyty i zdobyliśmy główną nagrodę. Nic z tego jednak nie wyszło. Niebawem zamknęli organizatora tego festiwalu za jakieś machlojki.  Po latach mam wrażenie, że funkcjonowały jakieś dziwne układy festiwalowe. Nawet nie udało nam się „skonsumować” nagrody, która nam przysługiwała. Mieliśmy nagrać teledysk na Zachodzie i miała za tym iść promocja naszego zespołu. Zwycięstwa gratulował nam Paul King z MTV, super gość tak na marginesie. Był wcześniej na festiwalu w Sopocie. Dostał wtedy naszą płytę, która mu się bardzo spodobała. Zaczął później puszczać nasze kawałki w Wielkiej Brytanii. Jeden nasz numer był tam wysoko na liście przebojów, pojawiły się nawet nieduże pieniądze z tego tytułu.

rocknroll-3

Bardzo obiecująco…
Jednak wszystko później rozmyło się. Nie mieliśmy sprawnego managera, wtedy w Polsce ta profesja ledwo raczkowała. Mało kto znał angielski. Potem pojawiła się druga szansa. Jakoś po 2000 roku dostaliśmy nagrodę ufundowaną przez firmę BMG. Wszystkie oddziały BMG spotykają się raz w roku w Monachium i każdy z nich przedstawia swoich artystów. Wygraliśmy, ale do odbioru nagrody znowu nie doszło. Szef wytwórni mówił, że mamy teraz nagrać płytę. Jednak wszystko, co mu przynosiliśmy, on odrzucał mówiąc, że to kiepski materiał. Nie mam już żalu, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że ktoś nas walił w …. sam wiesz w co.

Jak wygląda obecnie wasza trasa? Jeździcie wspólnie? Ty mieszkasz w Warszawie, a koledzy z zespołu w Trójmieście.
Mamy wypasionego Volkswagena T4, z masą miejsca na instrumenty i dla nas. Jeździmy w siedem osób, każdy ma swój wygodny fotel. Jest „klima,” telewizor, DVD, za kółkiem zawodowy kierowca. Nie to co kiedyś…

No właśnie, jak było na początku?
Jak? Brało się tylko gitary i w drogę … PKP. Potem dorobiliśmy się VW „blaszaka”, takiego dostawczaka, co zieleniaki zaopatruje. Tam spaliśmy, piliśmy, paliliśmy. To był nasz dom na kołach. W części pasażerskiej nie było nawet siedzeń tylko jakieś skrzynki. Silnik znajdował się z tyłu, wiec było dość głośno. Potem była era Fordów Transitów, był też Mercedes.

Może trochę niefortunnie, ale przejdę do wątku motoryzacyjnego. Kilka lat temu w wypadku zginął wasz perkusista…
Maciek, zginął w wypadku samochodowym w 2005 roku. Dwa, czy trzy tygodnie wcześniej kupił sobie mega szybki amerykański wóz. Kilka razy jechałem z Maćkiem. Jeździł bardzo szybko, zawsze na granicy. Bałem się o niego. Mówiłem mu zresztą o tym, podobnie jak wiele innych osób. Niestety nadal jeździł jak wariat. Kupił Chevroleta Camaro – napęd na tył, silnik V8, 5.0l, chyba ze 400 KM.  I wreszcie stała się tragedia.

Czy śmierć kolegi z zespołu oraz tragedia podczas waszego koncertu w Stoczni Gdańskiej w 1994 r. gdzie zginęło wiele osób sprawiły, że jesteście tak wyczuleni i zaangażowani w akcje społeczne?
W pewnym stopniu nas to naznaczyło i ukierunkowało. Odbiło się też na naszej twórczości, naszych tekstach.

Działacie w akcji „Krewniacy,” która promuje oddawanie krwi. Widzę, że nosisz opaskę z napisem „Wyrażam zgodę na transplantację.”
O tych akcjach mogę mówić i to długo, bo dotykają niezmiernie ważnych problemów. Jednak nie chcę w takim kontekście, że oto siedzimy sobie tu popijając kawkę, ja mówię o wydanej właśnie płycie. Śmierć Maćka to była totalna trauma dla zespołu. Bo była bezsensowna. Pisząc jedną z piosenek na kolejną płytę chciałem napisać o Maćku. Słowa, które powstały zainspirowały nas, jakby zapoczątkowały całą akcję z bransoletkami. Wydaliśmy więc singiel z tą opaską. Ku przestrodze tych, którzy tak beztrosko szybko gnają swoimi samochodami.

Rozumiem, zmieńmy więc temat. „Prawko” masz od dawna?
Zdziwisz się, ale ja chodziłem do „samochodówki” i zdawałem najpierw na ciężarówkę. Co prawda kilka razy oblałem teorię i ostatecznie nie zrobiłem kategorii C, ale tak zaczynałem i ciężarówkami umiem jeździć. Ostatecznie prawo jazdy zrobiłem, gdy zapragnąłem mieć swoje pierwsze auto. To było w 1994 roku i od razu kupiłem sobie „malucha.” Za własną kasę, na giełdzie samochodowej.

rocknroll-4

A po „maluchu”?
Potem miałem garbusa. A dokładniej – dwa garbusy. Najpierw model 1303, a potem 1200, czyli tego z płaską szybą. Ten drugi był zielony, pięknie odrestaurowany. Na jednym ze zlotów dostałem nawet dyplom za zajęcie trzeciego miejsca na najładniejsze auto zlotu. Byłem zapalonym fanem tego modelu. Choć wiem, ze to wyświechtany frazes, ale w tym aucie czuje się duszę. Do tego ten bulgot boksera, ech…to trzeba samemu poczuć, by zrozumieć. Nawet teraz jak widzę „żuczka” odwracam głowę. Mam w ogóle wrażenie, że ten samochód najbardziej do mnie pasował. Oczywiście teraz mam rodzinę, więc realia się zmieniły. Chciałbym też, aby mój najstarszy syn zaraził się taką samą miłością do tego kultowego auta. Bo to coś więcej niż tylko cztery koła. Poza tym, to ponadczasowo piękne auto. Tak samo jak Volkswagen Karmann. Cudo.

rocknroll-5

Potrafiłeś „podłubać” przy nim?
Mimo, że skończyłem szkołę samochodową, nie byłem utalentowany w tym kierunku. Kochałem natomiast kult wokół „garbusa.” To pozdrawianie się, gdy mijają się dwa „żuki,” zloty, wspólne wypady maniaków. To było coś pięknego. Jeździłem nimi naprawdę wiele lat. Dopiero jak poznałem Beatę, moja przyszłą żonę i podjęliśmy decyzję o przeprowadzce z Sopotu do Warszawy, zakończyłem moją przygodę z tym kultowym modelem. Wziąłem kredyt i kupiłem – jak na tamte czasy i możliwości – super furę: Forda Scorpio. To była dla mnie jak przesiadka do świata luksusu. Nie miałem co prawda „klimy,” ale był elektryczny szyberdach, pełna elektryka, czy podgrzewana przednia szyba.

Z jakim silnikiem?
Dwulirowym benzyniakiem. Nagle okazało się, że mogę jechać 120 km/h i delektować się podróżą. Scorpio był jak super wygodna kanapa, płynął wprost po drodze. To był sedan, nie liftback. Byłem z niego cholernie zadowolony, choć jak go kupiłem straszono mnie, że to skarbonka bez dna.

Psuł się?
Absolutnie się to nie potwierdziło. Auto było świetne, części dostępne i niedrogie. Ale doświadczyłem innej przygody. Wcześniej miałem „spotkanie” z sarną i prowizorycznie zabezpieczyłem uszkodzoną maskę. Podczas jazdy z prędkością ponad 100 km/h nagle otworzyła mi się. Na szczęście było to bardzo wcześnie rano i ruch był minimalny. Zachowałem zimną krew i nie spanikowałem. Zerknąłem jeszcze w lusterka czy nic mi nie siedzi na zderzaku i wyhamowałem. Skończyło się więc tylko na strachu.

Czy to był Scorpio ze słynnym numerem rejestracyjnym?
(śmiech) Tak, rejestracja była dość osobliwa, to były jeszcze czarne tablice – „GAY” -i dalej oczywiście cyfry (śmiech). Musiałem czasem znosić dziwne spojrzenia albo ironiczne uśmiechy. Miałem to jednak totalnie gdzieś. Dla mnie liczyło się, że jestem zadowolony z fury.

rocknroll-6

Fascynacja amerykańską motoryzacją przeszła chyba też na Twoją żonę?
Nie wiem, po prostu lubimy klimat tych aut. Beata jeździ Chryslerem PT Cruiserem. Marzyła o nim, bo zawsze fascynował ją retro design. Auto jest super, choć ma swoje mankamenty. Np. w mieście cholernie przeszkadza promień skrętu. „Pitek” skręca jak transatlantyk – kręcisz i kręcisz kierownicą, a on ledwo co reaguje na twoje ruchy.

Jaki był twój pierwszy model amerykański?
Chrysler Neon. Zresztą miałem w sumie dwa takie auta, jedno po drugim. Wspaniały wóz. Darzę go wielkim sentymentem. Sprawdzał się równie dobrze w mieście jak i w trasie. To była usportowiona wersja z manualną skrzynią, dwulitrowy motor, a auto bardzo lekkie. Zaskakująco zrywny, a jednocześnie oszczędny. Poza tym nic złego z nim się nie działo. Lałem tylko benzynę i koniec. A właściwe gaz, bo od lat wszystkie auta benzynowe przerabiam na gaz.

Od wielu lat gustujesz w dużych vanach z silnikami V6. Stąd jak sądzę ten gaz?
Dokładnie – ekonomia. Dużo jeżdżę, a V6 potrafi wypić. Radziłem się fachowców i wiem, że duże, wolnossące amerykańskie silniki świetnie znoszą zasilanie gazem. Po latach eksploatacji nigdy się nie zawiodłem na tym paliwie. Oczywiście zakładam porządne, sekwencyjne instalacje.

Czym konkretnie teraz jeździsz i dlaczego „made in USA?”
Mam Dodga Caravan, silnik 3,8 l, 210 KM. Wcześniej był to Plymuth Grand Voyager z napędem 4×4, czyli de facto to samo auto. Wiesz za co je uwielbiam? Bo są robione dla ludzi. Stworzone pod kątem ich potrzeb. Obszerne, wyjątkowo komfortowe, w automacie. Ja wiem, że wnętrze odstaje jakością od aut europejskich. Dla mnie to jednak nie stanowi problemu. Czuję się w nich bezpiecznie i nadzwyczaj komfortowo. Często gramy koncerty w mniejszych miejscowościach, gdzie dojazd pociągiem jest problematyczny. Chłopaki jadą z Gdańska, a ja z Warszawy. Umawiamy się więc gdzieś na trasie. Zostawiam wtedy auto i potem jadę już z nimi. Robie długie trasy. A w tym samochodzie w ogóle się nie męczę. Jest ponadto bardzo cichy, świetnie wygłuszony. To wpływa na komfort. No i automat. Nie wyobrażam sobie jeździć teraz manualem. W ogóle zauważyłem, że automat uspokoił mnie jako kierowcę. Jeżdżę spokojniej, jestem bardziej zrelaksowany, nie chce mi się gonić. A mogę, bo te moje 210 KM naprawdę ma sporo temperamentu, gdy je pogonić.

Lubisz wygodne i duże auta. Z jakiego wyposażenia nie potrafiłbyś zrezygnować?
Oprócz automatycznej skrzyni biegów, zdecydowanie z dobrego sprzętu grającego. To dla mnie niezwykle ważna sprawa. Nie chodzi może o jakieś audiofilskie wzmacniacze i wypasione tunery, ale o brzmienie głośników. A to akurat amerykańskie auta moją najczęściej bardzo przyzwoite.

Preferujesz starsze CD czy np. MP3?
Ostatnio słucham najczęściej muzy z iPhona.  Mam tam masę ulubionej muzyki i łączę telefon ze sprzętem w aucie. Przyznaję też, że słucham bardzo głośno muzyki. Staram się oczywiście robić to, gdy są ku temu warunki, ale czasem mnie ponosi w sytuacjach gdy nie powinno, np. w mieście, gdzie wiadomo, że trzeba mieć wzmożoną uwagę. Walczę z tym jednak. Podobnie jak, każdy kto tego doświadczy jadąc ze mną (śmiech).

Aktualnie czego słuchasz za kierownicą?
Kręci mnie bardzo IAMX. Leci ostatnio u mnie w kółko. A poza tym sporo klasyki, jak np. Led Zeppelin. Kocham The National – to jest taki rodzaj muzyki, jaki sam chciałbym grać. Uwielbiam Blackfield, Eels, Amos Lee, Hooverphonic, Black Rebel Motorcycle Club, Flaming Lips. Za młodu słuchałem oczywiście mocnego rocka, nawet metalu, ale teraz wolę, kiedy ta energia i power wynikają z czegoś innego. Muzyka nie musi być podparta mocnymi riffami typu Motorhead. Byłem niedawno z synem na koncercie AC/DC, na Metallice. Mogę tego posłuchać na koncercie. Tylko, że ta muzyka już nie kręci mnie tak bardzo.

Dość często chyba zmieniasz samochody?
Póki co kupuję używane auta. Zauważyłem, że nie można ich trzymać zbyt długo. Kupując kilkulatka wiadomo, że stracił on w ciągu tych 2-3 lat ok. 50 procent wartości. Nie chcąc stracić za dużo, powinno się go sprzedać w odpowiednim momencie. Żona zakochała się w PT Cruiserze i nie chce się go pozbywać. A ja już ją namawiam, choć to 3-letnie auto. Ostatnio jednak jakby zaczęła zmieniać zdanie i wspomniała, że podoba jej się bardzo Toyota Prius. To oczywiście hybryda, więc całkowicie coś innego z czym mieliśmy do tej pory do czynienia. Zastanawiam się jednak, czy skoro ona jeździ głównie po mieście, nie byłby to dobry wybór? Pomyślimy.

Marzenie motoryzacyjne Adama Wolskiego to…
Nowy SUV klasy Premium, ale na razie chyba mnie nie stać. Poważnie rozważam jednak zakup auta tego segmentu. Myślę po prostu o czymś, co spełniałoby rolę takiego uniwersalnego auta jak Voyager, którym jeżdżę, ale w mniejszej formie i z napędem 4×4. Mam wrażenie, że za często wożę powietrze. Jeżdżę coraz częściej sam, a za mną pusty „wagon.” Dzieci wyrosły już dawno z wózków i chyba tak wielkie auto jest teraz przesadą. SUV, jakieś podniesione kombi w stylu Subaru Outback? Podoba mi się też Lexus RX400h. Myślę, że to byłoby teraz bardziej adekwatne do potrzeb. Na wakacje jeździ się przecież raz, góra dwa razy w roku.

Rozmawiał: Rafał Pazura

Tagi: , , , , , , , , ,