Skoda Kodiaq 2.0 TSI 180 KM 4×4 DSG-7, Style – TEST

avatar
Rafał Pazura
20 marca 2018

Skoda znów gra we własnej lidze. Największy SUV czeskiej marki to Kodiaq, który w kwestii pojemności wnętrza wyznacza nowe standardy w segmencie aut, z którymi konkuruje. Bo tak naprawdę Kodiaq bazuje na płycie podłogowej pochodzącej z kompakta. W skrócie, technicznie bliżej Kodiaqowi do Octavii, a we wnętrzu zapewnia tyle przestrzeni co Superb. Czary? Trochę tak, szczególnie, że testowany egzemplarz to wersja 7-osobowa, a bagażnik oferuje szokujące 720 litrów pojemności.

Skoda, podobnie jak Seat, czerpie pełnymi garściami z gotowych rozwiązań macierzystej marki, czyli Volkswagena. W sumie nic dziwnego, że niemiecka firma stara się zróżnicować własne marki na tyle wyraźnie, by podział na bardziej prestiżowego VW i niżej pozycjonowaną Skodę czy Seata był wyraźnie zauważalny. Stąd różnice w jakości wykonania, oczywiście na plus np. dla Golfa względem Octavii. Różnic jest więcej, jak choćby mniejszy wybór mocniejszych jednostek napędowych w modelach z Mladej Boleslav.

Czesi nie mogą tu stawiać warunków,

ale znaleźli swoją własną drogę na pozytywne wyróżnienie się na tle konkurencji, także tej wewnętrznej. Pierwszą z nich jest filozofia simply clever, która polega na wyposażeniu każdego modelu w masę rozwiązań przyjaznych dla użytkownika, których ze świeczką szukać u innych. Chcesz kosz na śmieci w aucie? Proszę bardzo. Stoliczki rozkładane w oparciach przednich foteli? Żaden problem. Pada deszcz? I co z tego, skoro Twoja Skoda ma pokładowy parasol. Zaskoczył Cię mróz? Nie musisz skrobać zamarzniętej szyby kartą kredytową, bo pod pokrywą wlewu paliwa jest dedykowane miejsce na skrobaczkę. Takich patentów jest dużo więcej i osobiście bardzo mi to pasuje, bo już nie raz okazywały się one być nie tylko miłym gadżetem, ale po prostu mega przydatnym udogodnieniem – patrz: plastikowe osłony wysuwające się po otwarciu drzwi i chroniące ich ranty przed przypadkowym uderzeniem w ciasnych miejscach parkingowych.

To jednak tylko drobiazgi. Prawdziwy wyróżnik Skody, to balansowanie na krawędzi klas większości z oferowanych modeli. To, że Octavia ma największy kufer wie już każde dziecko. Ilością miejsca w drugim rzędzie foteli „zabija” golfa, z którym ma wspólne geny. Podobnie Superb, który w kwestii przestrzeni na nogi pasażerów z tyłu oferuje tyle samo, co przedłużana klasa S Mercedesa. A co z Kodiaqiem? 

Patrząc na ten model,

a szczególnie z perspektywy fotela, ma się wrażenie obcowania z gabarytem Audi Q7. A przecież Kodiaq mierzy sobie 4,7 metra długości. A to oznacza, że jest zaledwie 3 cm dłuższy od Octavii. Owszem, możliwość modułowego kształtowania platformy podwoziowej pozwoliło powiększyć rozstaw osi o 10 cm, ale nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z konstrukcją opartą o auto kompaktowe. A w kabinie: 7 miejsc i bagażnik, który zawstydza rywali.

Czesi po mistrzowsku opanowali sztukę „nadmuchiwania” swoich modeli. Potrafią z platformy podwoziowej, z której buduje się Golfa, Leona czy Tiguana wycisnąć przestrzeń, która w przypadku Kodiaqa pozwala go porównać do konkurencji o numer, a nawet 1,5 numeru większej. I ja to bezdyskusyjnie doceniam. Jest jednak małe „ale” – chodzi o wygląd.

To zawsze subiektywne odczucia, ale Skoda raczej nigdy nie zachwycała w tym względzie. Zresztą podobnie jak Golf, który swoim zachowawczym stylem ma tyluż zwolenników, co wrogów. To po prostu stonowane stylistycznie samochody, które ponad modę preferują poprawność i zachowawczy charakter. I nic w tym złego. Są nawet profity, bo takie auta szlachetniej się starzeją. Jednak „pompowanie” nadwozia, które akurat w przypadku najnowszej generacji Superba wyszło Czechom wyjątkowo dobrze, w przypadku Kodiaqa jest dyskusyjne.

Czeski SUV jest specyficzny. Wygląda po prostu zbyt ciężko. Pół biedy, jeśli mamy do czynienia z topową odmianą, osadzoną na 19-calowych felgach, z ciekawym lakierem i stylistycznymi atrybutami wynikającymi z danej wersji – wg mnie najlepiej prezentuje się odmiana Sportline. Bazowe wersje sporo tracą na wyglądzie. Osobiście mam zastrzeżenia do proporcji nadwozia – sprawia wrażenie zbyt wysokiego, co burzy odbiór innych wymiarów.

Z drugiej strony mówimy tu o wielkim SUV-ie, który opcjonalnie ma zapewnić transport dla rodziny „kasującej” co miesiąc nawet 2500 zł z tytułu Programu 500+. Z tej perspektywy wszystko się zmienia i przyciężkawy wygląd Kodiaqa może mieć dla wielu marginalne znaczenie.

Największy atut Skody Kodiaq

jest taki, że nie ma konkurencji. Ewentualnie można jej przeciwstawić Forda S-Maxa, ale to jednak nie SUV. Mimo to oba auta mają pewien wspólny pierwiastek – gabarytowej inności na tle rywali. Skoda oferuje przestrzeń bagażową w postaci 720 l przy pięciu miejscach, a ford 700 l. Korzystając z 7 miejsc, Kodiaq ma jeszcze 270l kufra, a S-MAX 285l.

Ocena auta o takich wymiarach sprowadza się więc głównie do walorów kabiny. A tych Kodiaq ma bez liku. Przestrzeń, wiadomo – bezkonkurencyjna. Idealny środek transportu w daleką trasę dla rodziny. Dwa dodatkowe miejsca w trzecim rzędzie to opcja dla osób o wzroście do ok. 160 cm. Nie jest łatwo tam wejść,ale dla dzieci to będzie ekscytująca przygoda. Mnie najbardziej uwiodła jednak jakość samego wnętrza, która robi zaskakująco dobre wrażenie. Dominują miękkie materiały o przyjemnej fakturze, które bardzo starannie spasowano. Każdy schowek w drzwiach wyłożono miękkim materiałem. Fotele – wielkie, wspaniale wygodne, o wszechstronnej i elektrycznej regulacji. Pozycja za kierownicą jak w SUV-ie – siedzi się wysoko jak na tronie, ale łatwo się przyzwyczaić. Komfort odczuwalny (skórzana tapicerka, wrażenia zapachowe) stoi na bardzo wysokim poziomie.

Jedna mała dygresja – do testów dają nam zazwyczaj topowo wyposażone wersje. Bywa, że mami to zmysły testującego, bo tańsze odmiany posiadają pewne deficyty jakościowe. Zadałem sobie jednak trud poznania prostszej wersji. Owszem, jest różnica. Ale nie odczuwalna w trakcie jazdy. Nic, absolutnie nic nie drażni naszych uszu, gdy jedziemy po bruku czy gorszej nawierzchni. Jeśli ktoś zatrzymał się na czasach Skody 105 czy Felicii i z tym utożsamia markę Skoda, ten jest zwykłym ignorantem.

Mówiąc komfort mam jednak na myśli odczucia jakie towarzyszą jeździe tym wielki autem. Kabina jest dobrze odizolowana od jednostki napędowej, ale także od opływającego nadwozie powietrza, podobnie podczas szybkiej jazdy.

Zawias? Tu mam duży dylemat. Z jednej strony jest cudownie komfortowo, a podwozie Kodiaqa łyka nierówności jak lekoman kolejną pigułkę. Z jednym wyjątkiem – zawieszenie zaskakująco mało subtelnie rozprawia się z poprzecznymi przeszkodami na drodze. I nie ma znaczenia, czy ustawimy tryb komfort. Nawet wtedy jest zwyczajnie głośno – głównie z okolic tylnej osi, która nie tyleż nerwowo, co akustycznie daje się we znaki, gdy przejeżdżamy po torowisku czy zapadniętej studzience. Niby koła w rozmiarze 19-cali to dużo, ale w tak dużym aucie nie powinno to skutkować aż takimi doznaniami. To mój podstawowy zarzut pod adresem największej ze Skód.

Odpowiada mi i niezwykle cenię

skodowsko-niemiecką filozofię zarządzania instrumentami pokładowymi. Jest ascetycznie, prosto, bez udziwnień utrudniających obsługę. Mimo zaaplikowania autu bardzo wielu zaawansowanych systemów z zakresu bezpieczeństwa, nic nie przytłacza kierowcy i nie absorbuje niepotrzebnie jego uwagi. Najbardziej podstawowe funkcje obsługuje się zwykłymi klawiszami, więc nie trzeba gmerać w zakamarkach wielkiego ekranu systemu multimedialnego, który jest czytelny także w ostrym słońcu. Klasą samą w sobie jest system kamer 360 stopni – można wręcz absurdalnie indywidualnie zmaterializować sobie wygląd wirtualny naszego Kodiaqa na ekranie. W praktyce ustawiamy to raz, ale pokaz możliwości robi wrażenie.

Współczesne auta zasypywane są gadżetami, których praktyczność budzi często mieszane uczucia, Jest jednak jeden system, którego sensowność posiadania sprawdziłem na własnej skórze. Zatrzymałem się na stacji paliw w miejscu do tego przeznaczonym. Szybka wizyta na stacji (oszczędzę szczegółów) i wsiadłem znów do Skody. Wsteczny, rzut oka na ekran – droga wolna. Upewniłem się jeszcze odwracając głowę. Nadal nic. Ruszyłem i wtedy dosłownie po sekundzie brutalna ingerencja układu hamulcowego i piski systemów ostrzegawczych, które trupa poderwałyby na równe nogi. Co się stało? Otóż z wielkim impetem wjechał na stacje jakiś idiota służbowym białym kombi (marki nie wymienię, bo nie ma to znaczenia). Przeciął z taką prędkością mój tor jazdy, że gdyby nie elektronika przywaliłbym w niego bez dwóch zdań. Ów system, który mnie ocalił to REAR TRAFFIC ALERT (występuje w skojarzeniu z systemem monitorowania martwego pola w lusterkach) i pomaga w bezpiecznym wycofywaniu z miejsca postojowego w warunkach ograniczonej widoczności. Powiem więcej – on nie pomaga, on genialnie ratuje od kłopotów. Co prawda nawet w najbogatszej odmianie Style wymaga wydania dodatkowych 2,4 tys. zł, ale zdecydowanie polecam tę inwestycję

Wspominałem już, że

czeski SUV prowadzi się bardzo neutralnie i przewidywalnie? Jeśli nie, to właśnie to czynię. W ciasnych zakrętach czuć gabaryt auta i działającą siłę odśrodkową. Ale kto szuka sportowych wrażeń, ten raczej pomylił adres. Oczywiście duże auto ze sporą mocą silnika najlepiej jeśli zestawione jest z napędem obu osi. Taki był mój model, który oprócz wspomnianego napędu 4×4 posiadał jeszcze 7-biegową, automatyczną przekładnię DSG. I ten zestaw jest obowiązkowy w przypadku silnika 2.0 TSI o mocy 180 KM. Innej wersji nie ma. I dobrze, bo to trio niemal idealne w aucie o takiej charakterystyce. Małe zastrzeżenia mam do skrzyni DSG. Zdarza jej się „szarpnąć”. Nie udało mi się jednak zdefiniować w jakich okolicznościach. Czasami było to w trybie ECO, gdy mocniej (ale nie do końca) wciskałem gaz, by wykonać bezpieczniej jakiś manewr. A czasem w trybie Sport, ale tu bym się nie czepiał.

Motor benzynowy będzie zapewne rzadziej wybierany przez klientów z racji kompromisu na który musi pójść przyszły użytkownik. Owszem, jednostka pracuje cicho i kulturalnie, a osiągi jak na SUV-a są wystarczające – przyspieszenie od 0-100 km/h zajmuje Skodzie 8,0 sekundy. To zarazem najdynamiczniejsza z obecnie oferowanych wersji. Ma to swoje konsekwencje podczas tankowania. W mieście spalanie waha się od 11-12 l/100 km i to wtedy, gdy łagodnie traktujemy pedał przyspieszenia. W trasie jest lepiej, ale realne spalanie podczas przepisowej jazdy waha się na poziomie 8-9l/100 km. Cudów nie ma. Przy masie powyżej 1,7 tony, czy napędowi 4×4 to normalne wyniki. Nieduży, 60-litrowy zbiornik nie starczy więc na długo. W tym segmencie królują wciąż diesle, dlatego stawiam, że 2.0 TDI (150 lub 190 KM) będzie najczęściej wybieraną wersją.   

Sporą frajdę daje

wertowanie cennika Skody Kodiaq. Moim zdaniem to jej duży atut. Pomijam odmianę z silnikiem 1,4 TSI o mocy 125 KM, którą można kupić już za 87,4 tys. zł (Active). Nie szokuje co prawda wyposażeniem czy osiągami, ale nie ma nawet w opcji napędu 4×4. Dużo ciekawszym wyborem może być odmiana 1.4 TSI o mocy 150 KM, ze skrzynią DSG (6-biegowa) i napędem 4×4. Taki zestaw można już nabyć poniżej 112 tys. zł, a w bogatej wersji Style za 129,4 tys. zł. Dopłata do wersji 7-osobowej to kolejne 4 tys. zł.

Najmocniejsza benzyna – a taką przyszło mi jeździć – została wyceniona na 136,9 tys. zł (plus 4 tys. za 7-miejscową wersję) za odmianę Style i przyznaję, że to bardzo rozsądna propozycja. Wystarczy spojrzeć na wyposażenie. Trójstrefowa klimatyzacja, bezkluczykowy dostęp i uruchamianie auta, elektrycznie sterowana klapa bagażnika, świetne przednie reflektory Full LED czy aktywny tempomat – to tylko kilka elementów z bogatego wyposażenia. Cieszy też mnogość opcji – kto chce „uszyć” sobie egzemplarz naprawdę luksusowy bez kłopotu osiągnie pułap 200 tys. zł.

Podsumowując – Kodiaq ma szansę na duży sukces rynkowy. Może przekonać do siebie rodziny wymagające w temacie przestrzeni kabiny czegoś ekstra. Do tego da się go kupić z bardzo dobrym wyposażeniem za rozsądne pieniądze.

Tekst i zdjęcia: Rafał Pazura 

Tagi: , , , ,