Suzuki Splash 1,0 Club – Test

avatar
Michał Strzyżewski
13 września 2013

Samochodów przybywa, miejsc do parkowania niestety nie. Nie jest to do końca prawda, bo miejsca też się nowe pojawiają, ale przyrost jest znacznie mniejszy, niż w przypadku aut. W pewnej chwili pojawia się dylemat. Można kupić dużego SUVa, albo sedana, jednak skazać się jednocześnie na parkowanie daleko od wejścia np. do supermarketu. Ewentualnie parkowanie blisko i późniejsze oglądanie swojego auta w Internecie z setką komentarzy, generalnie o drwiącym i negatywnym zabarwieniu. Można też zdecydować się na mniejsze auto. Na przykład Suzuki Splasha, którego miałem okazję testować.

Małe samochody nie są specjalnie „cool”, nie wzbudzają zachwytu. Gdy któryś wygra tytuł „Car of the Year” od razu pojawiają się głosy sprzeciwu. Bo przecież gdyby postawić obok siebie takiego zwycięskiego maluszka i najnowszy model Ferrari i pozwolić się przejechać jednym z nich, to Samochód Roku nie miałby zbyt wiele do roboty. A jednak w codziennej jeździe są przez wiele osób chwalone. Czy Splasha również można pochwalić? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie poniżej.

Patrząc na Suzuki Splasha mamy do czynienia z rasowym przedstawicielem małych, miejskich minivanów. Wysoko poprowadzona linia dachu, ścięty tył, krótki przód. Próżno szukać tu zwiewności i lekkości sylwetki. Czy jednak Suzuki jest brzydkie? Jak na przedstawiciela swojej klasy samochodów moim zdaniem nie. Zwłaszcza z tyłu samochód może się podobać gdy zobaczymy pewne smaczki stylistyczne, jak: zgrabnie otaczające szybę klosze lamp, czy nadające trochę sportowego charakteru wloty na zderzaku. Z przodu moim zdaniem przesadzono z wielkością reflektorów, przez co samochód wygląda trochę niepoważnie. Jednak patrząc na ogół nadwozia Suzuki Splash nie musi się wstydzić przed „kolegami” ze swojego segmentu.

Cel tak nakreślonych linii nadwozia jest jeden – zaoferowanie pasażerom maksymalnej ilości miejsca w samochodzie o tak „minimalnych” gabarytach. Małemu Suzuki udaje się to całkiem nieźle. Z przodu na ilość miejsca nie można narzekać, zarówno na nogi, jak i nad głową. Kierowcy w zajęciu optymalnej pozycji może przeszkadzać trochę brak możliwości dostosowania położenia kierownicy w poziomie, jednak poza tym wszelka regulacja jest.

Suzuki-Splash-wnetrze

Z tyłu już tak różowo nie jest, ale nie ma wielkich podstaw do narzekania. Dzięki sporej wysokości nadwozia fryzury pasażerów (zazwyczaj, bo na przykład rockmani z irokezami mieliby pewne problemy) nie powinny być burzone podczas jazdy Splashem. Z miejscem na nogi jest trochę gorzej, ale lepiej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Dzieje się tak ponieważ materiał tworzący tylną część przednich foteli jest naciągnięty, a tuż za nim znajduje się trochę pustej przestrzeni. Po naparciu na niego kolanami bez żadnego problemu można uzyskać kilka centymetrów więcej.

Takie właściwości przedziału pasażerskiego musiały wpłynąć na pojemność bagażnika. Cudów nie ma – w Splashu nie da się zmieścić zbyt wielu rzeczy bez składania tylnych oparć. Na zakupy czy przewiezienie niewielkiego bagażu wystarczy w zupełności, ale to szczyt możliwości bagażnika w tym samochodu.

Wiemy już, że w środku pasażerowie nie będą narzekać na brak miejsca. Ale jak będzie z ich odczuciami estetycznymi? O projekcie deski rozdzielczej zdecydowanie nie można powiedzieć, że jest nudny. Świetne wrażenie robi ogromna, biała tarcza prędkościomierza i „doczepiony” obok obrotomierz. Materiały użyte do wykończenia są twarde, ale dobrze spasowane, a dzięki przyjemnej dla oka fakturze wyglądają na lepsze, niż są w rzeczywistości. Bijącym po oczach objawem tego, że mamy do czynienia z jednym z tańszych samochodów w ofercie Suzuki jest konsola centralna, na której przyciski radia i pokrętła klimatyzacji wyglądają strasznie tandetnie. Trochę psuje to efekt, ale tylko w dzień. W nocy ubytków nie widać, a dzięki czerwonemu podświetleniu w wnętrzu tworzy się rewelacyjny, wręcz sportowy klimat.

Suzuki-Splash-logo

Pozostając jeszcze na chwilę przy środku samochodu warto wspomnieć o wyposażeniu. Jest ono, jak na takiego malucha, całkiem przyzwoite. Pomimo tego, że mamy do czynienia z podstawową wersją wyposażeniową możemy liczyć na sterowanie radiem z kierownicy, która jest z resztą obszyta skórą, klimatyzację, elektrycznie sterowane szyby, czy komplet systemów bezpieczeństwa. Nie rozumiem jednak faktu, że Suzuki tak doposażając samochód w standardzie poskąpiło chociażby elektrycznego sterowania lusterka pasażera. Osobiście również bardzo brakowało mi wejścia USB w zestawie audio – odzwyczaiłem się już od noszenia ze sobą płyt CD. Niemniej jednak jak na „golasa” w segmencie A jest zdecydowanie lepiej, niż się spodziewałem. A skóra na kierownicy naprawdę mnie zaskoczyła.

Czas przejść do elementu, który zaskoczył mnie jeszcze bardziej. Chodzi o prowadzenie tego samochodu. Kupując takie małe „pudełko” klienci nie nastawiają się jak sądzę na wyjątkowe wrażenia płynące z jazdy. W moim przypadku było podobnie. W końcu to żadne coupe, a silnik o pojemności jednego litra również nie zwiastuje żadnych fajerwerków. A jednak Suzuki w tym elemencie wypada zaskakująco pozytywnie. Zwłaszcza skrzynia biegów, która posiada duszę prawdziwego sportowca. Jest wręcz nieprzyzwoicie precyzyjna, skok lewarka jest krótki, a wbicie kolejnego biegu potwierdza przyjemne dla ucha kliknięcie. Ta skrzynia aż prosi o to, aby zmienić bieg, a kiedy kierowca się na to zdecyduje odwdzięcza po prostu idealnym działaniem.

Układ kierowniczy również naznaczony jest, na ile można to uczynić w małym, tanim, miejskim aucie, sportowym duchem. Nie ma mowy o „gumowatości” pracy kierownicy, ani o lekkich luzach znanych z wielu innych, współczesnych samochodów. W Splashu opór jest większy, ale wciąż nie za duży. Na parkingu się nie namęczymy, a na drodze będziemy mieli poczucie dobrej kontroli nad autem. Charakterystyka zawieszenia i twardość foteli również skłania się w kierunku sportu, a nie „kanapowozu”. Jest dosyć twardo, ale w moim przypadku nawet dłuższa trasa nie zaowocowała jakimkolwiek bólem pleców, czy „siedzenia”. Do tego sportowego charakteru nie pasuje silnik. 1,0 bez turbiny generuje 62KM i chociaż widać, że motor chce sprostać wyzwaniu, to niespecjalnie może. Trzycylindrowiec na wysokie obroty wkręca się bardzo ochoczo, jednak nie przekłada się to na dynamikę jazdy. Niemal 15 sekund do setki robi swoje. Na szczęście jego apetyt na paliwo nie jest przesadnie duży.

Suzuki-Splash-bok

Jednak do miasta, które jest „domem” Suzuki Splasha taki silnik w zupełności wystarczający. Trzeba zapomnieć o wyścigach spod świateł, ale ze sprawnym przemieszczaniem się nie ma problemu. Gorzej zaczyna się robić dopiero od 80-90 km/h, kiedy to motor dostaje lekkiej zadyszki. O sprawnym wyprzedzaniu nie ma mowy, a osiągnięcie przepisowej prędkości na autostradzie jest bardzo ciężkie. Chyba, że … z górki. Jazda z większymi prędkościami ujawnia też podatność samochodu na zawirowania powietrza. Fizyki się nie oszuka, wysokie, wąskie nadwozie będzie łapać boczne podmuchy wiatru i Splash czasami potrafił „zatańczyć” na drodze ekspresowej. Jednak nie ma co demonizować, ponieważ wystarczyła lekka kontra kierownicą i małe Suzuki wracało na właściwe tory. Na długie trasy nie jest to idealny samochód.

Za to do miasta wręcz przeciwnie. Promień skrętu małego Suzuki jest bardzo dobry, więc zawracanie i wykonywanie skomplikowanych manewrów nie będzie wymagało nadmiernej ilości przestrzeni. Parkowanie to sama przyjemność – dla Splasha trudno znaleźć za małe miejsce parkingowe, a bryła nadwozia zapewnia bardzo dobrą widoczność. Dodatkowo w pogotowiu czekają z tyłu czujniki parkowania, które w mojej opinii są zupełnie niepotrzebne, bo samochód kończy się tam, gdzie tylna szyba. Jako dodatkowe ubezpieczenie manewrów jednak na pewno nie zaszkodzą.

Kilka dni spędzonych z Suzuki Splashem było sporą przyjemnością. Ze swojej funkcji małego, zwinnego samochodu miejskiego wywiązuje się bardzo dobrze i trudno jest mi wskazać jedną rzecz, która naprawdę w Suzuki nie przypadła mi do gustu. Za to wrażenia płynące z jazdy wybijają się zdecydowanie ponad przeciętność. Skrzynię biegów będę wspominał jeszcze długo jako wzór przekładni w małym samochodzie.

Suzuki-Splash-przod

Testowany egzemplarz Suzuki kosztował 42 900 zł, a z rabatem obowiązującym w momencie pisania tego tekstu 38 400zł. Jest to całkiem rozsądna cena jeśli weźmiemy pod uwagę ilość „bajerów”, która znalazła się na pokładzie Splasha. Za 3000zł więcej można zamówić wersję Comfort charakteryzującą się kilkoma dodatkami w wyposażeniu, jak również mocniejszym  silnikiem 1,2. Dopłacając kolejne 5000zł otrzymujemy automatyczną skrzynię biegów. Przy takim „manualu” moim zdaniem nie jest to najlepszy sposób na wydanie dodatkowych pięciu tysięcy.

Czy warto zdecydować się na Suzuki Splasha? Jeśli ktoś szuka małego samochodu do miasta – zdecydowanie. Jego wygląd nie przypadnie wszystkim do gustu, podobnie jak niektóre drobiazgi we wnętrzu. Jednak sposób w jaki prowadzi się małe Suzuki rekompensuje z nawiązką wszystkie minusy tego samochodu zostawiając w pamięci zdecydowanie pozytywny obraz.

Michał Strzyżewski

Tagi: , , ,