Suzuki Swift 1.0 BOOSTERJET Elegance 111 KM – TEST

avatar
Rafał Pazura
24 kwietnia 2018

„Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz co ci się trafi.” Moim pudełkiem okazał się salon Suzuki na ul. Połczyńskiej w Warszawie, gdzie wydawane są auta prasowe. Czekoladką natomiast Suzuki Swift z litrowym silnikiem o mocy 111 KM pod maską. W życiu nie pomyślałbym jednak wcześniej, że biorąc do testu małego „japończyka” będą mi towarzyszyć tak pozytywne emocje. Do tego okraszone wzrostem poziomu endorfin i adrenaliny.

Swifta od zawsze definiowało określenie: mały, sprytny samochód o miejskim charakterze. Najnowsze jego wcielenie tak samo wpisuje się w to określenie, choć warto dodać, że w kabinie tego niedużego autka miejsca jest całkiem pod dostatkiem. Nawet rodzina w układzie 2+2 da rade nim jeździć na co dzień, pod warunkiem, że dzieci nie mają więcej niż 10-12 lat. Bagażnik o pojemności 265 litrów należy do większych w klasie, do tego jest ustawny i praktyczny. A zatem miejski cwaniak jako antidotum na zakorkowane miasto z małą przestrzenią do parkowania? Też, ale nie tylko…

Nie zdziwiłbym się,

gdybym do testu otrzymał wersję Sport, która w poprzedniej generacji Swifta oferowała 136 KM i osiągi w okolicach 8,5 sekundy podczas przyspieszania do pierwszej „setki”. Póki co, ta odmiana jeszcze nie występuje w polskiej sieci sprzedaży, choć niebawem (od lipca br.) ma się pojawić. Największe zaskoczenie to charakter tego samochodu. I nie boję się powiedzieć, że mamy tu do czynienia z lekkim, sportowym zacięciem. Wiem, kuriozalnie to brzmi, jeśli pod maską umieszczono litrowy, 3-cylindrowy silnik. Ale dzięki turbinie ma on moc 111 KM, co w połączeniu z niską masą auta w okolicach 950 kg daje całkiem sporo możliwości.

I co znów nietypowe, ten malutki „motorek” połączono z automatyczną skrzynią biegów o 6-ciu trybach. Pierwsza „setka” pojawia się na liczniku po 10 sekundach. To świetny wynik jak na miejskie wozidełko. Jeszcze lepsze wrażenie sprawia elastyczność silnika 1.0 Boosterjet.

Pokaźny moment obrotowy (160 Nm) uzyskiwany jest w zakresie 1700- 4000 obr./min., a to pozwala na sprawne i zwinne przemieszczanie się nie tylko po ulicach miasta. Co znamienne – manualna odmiana ze skrzynią 5-biegową przyspiesza do setki o 0,6 sekundy wolniej. To burzy teorię maniaków manualów, że „automat” jest „be”. Ale piewcy „tradycji” zawsze mogą pójść w argumentację, że manual daje więcej frajdy. Z pewnością pominą fakt, że w Suzuki występują łopatki do sekwencyjnego trybu wybierania, które może nie są mistrzowsko szybkie, ale do zabawy się nadają. Dla mnie to tak samo, jakby dyskutować o wyższości szyb na korbę od elektrycznych. Poza nielicznymi wyjątkami auta z automatami mają same zalety. Kropka.

Spalanie

Spokojna jazda w mieście owocuje zużyciem ok. 7,5 l/100 km. Ten sam styl jazdy w trasie – ok. 5-5,5l. Ale jak zaczynamy cieszyć się przyspieszeniami, spalanie w mieście rośnie o dobry litr, nawet w okolice 9l/100 km. Co zaskakujące, auto bardzo sprawnie rozpędza się do prędkości 160-170 km/h. Ale na ten temat nie będę się więcej rozwodzić…

To co mi się najbardziej spodobało,

znów jest kuriozalne. Mam na myśli brzmienie silnika. To nie jest wcale „pyrkanie” trzech cylindrów. To naprawdę fajny, uwaga – rasowy – dźwięk, szczególnie wtedy, gdy mocno wciskamy gaz. I jeśli chodzi o dynamikę auta w warunkach miejskich, trudno chcieć więcej. Swift wzbudził we mnie uczucia zbliżone do tych, gdy pierwszy raz wsiadłem do Mini reanimowanego przez BMW lata temu. Pojawiły się te same myśli: „zwarty, sztywny, pewny w prowadzeniu, fajna kierownica przycięta lekko u dołu. Chcę takie auto na miasto”. Przemieszczanie się Suzuki w gąszczu ulic daje masę radochy. Szybie starty spod świateł, możliwość wciskania się nim w luki, w które nie da rady wjechać żaden hatchback, zwrotność Smarta – to naturalne atrybuty małego, japońskiego „pomykacza”.

Zawieszenie jest sztywne, ale to dobrze,

bo Swift prowadzi się jak gokart dając kierowcy mnóstwo informacji o tym jak i po czym jedzie. Twórcy zawieszenia musieli pogodzić dwa elementy. Konieczne było zastosowanie bardziej twardo zestrojonych amortyzatorów, które sprostają ponadprzeciętnym parametrom silnika. Jednocześnie miejski charakter samochodu wymaga, by oferował on stosowny komfort resorowania. I konstruktorzy dobrze wywiązali się z tego zadania. Swift sprężyście wybiera wszelkie nierówności, a podwozie zostało bardzo dobrze wygłuszone, dzięki czemu do wnętrza nie przenikają niepokojące odgłosy pracy zawieszenia. Równocześnie komfort, z jakim auto przemierza niedostatki dróg, jest na przyzwoitym poziomie. Jedynie szybsza jazda sprawia, że krótkie nadwozie podskakuje i męczy się na gęsto pofalowanych i poprzecznych nierównościach. To akurat typowa cecha wielu samochodów tego segmentu, więc nie należy traktować tej przypadłości jako szczególnej wady. Chciałoby się powiedzieć – ten typ tak ma.

Układ kierowniczy to precyzyjne narzędzie, które swoją jedyną słabość pokazuje po przekroczeniu 130 km/h – kierowca odczuwa wówczas mniej bezpośredni kontakt kół z podłożem, szczególnie podczas pokonywania ciaśniejszych zakrętów. Jednak sama jazda po łukach daje dużo radości, bo Swift nie przechyla się zbytnio i daje w miarę łatwo kontrolować. Systemy bezpieczeństwa okazują się być dość nadgorliwe. Trochę to kłóci się dynamicznymi możliwościami Suzuki, ale z drugiej strony jeśli miałoby to być auto przymiarka dla młodego kierowcy do poważniejszej przygody z GTI segmentu B, to może i lepiej. Myślę, że odmiana Sport będzie pozbawiona tych kagańców.

Naturalnym środowiskiem małego Suzuki

są zatłoczone i ruchliwe ulice dużych metropolii. Tam pokazuje swoje zalety. Łatwo nim zaparkować, bo widoczność jest doskonała w każdym kierunku. To co się podoba, to wyposażenie wersji Elegance. Topowa odmiana ma automatyczną klimatyzacje, LED-owe światła, sterowanie głosowe czy aktywny tempomat. Działa on co prawda do 40 km/h, więc auto zwolni i utrzyma dystans do jadącego przed nim do tej prędkości, ale i tak się przydaje.

Imponuje też mnogość systemów bezpieczeństwa, w tym Dual Sensor Brake Support z kamerą monoskopową i czujnikiem laserowym, który pozwala określić ryzyko kolizji z poprzedzającym samochodem lub pieszym. Jeśli system wykryje zagrożenie, samochód zależnie od sytuacji zareaguje ostrzegając kierowcę (akustycznie i wizualnie), aktywuje wspomaganie hamulców w celu zwiększenia siły wspomagania lub nawet całkowicie wyhamuje auto. Najbogatsza wersja posiada także asystenta świateł drogowych (HBA), czy możliwość połączenie smartfona z zestawem multimedialnym samochodu. Ciekawie rozbudowany jest komputer – sporo funkcji ucieszy gadżeciarzy. Można obserwować jak rozwijana jest moc silnika, czy w którym miejscu znajduje się aktualnie środek ciężkości. Podobać się mogą stylowe zegary główne z czerwonym podświetleniem.

Jakość wykonania kabiny?

Tu mamy raczej do czynienia z pancernym plastikiem, który chwilami szokuje swoją twardością. Ale za to spasowanie – niemal wzorcowe, więc trudno się czepiać, bo nic nie skrzypi. Jedyne co wydaje dźwięki to fortepianowe wstawki w centralnej części kokpitu. Gdy je dociskać, wydają z siebie zgrzyt. Uważam, że wielu producentów nadużywa tego tworzywa. Ani to ładne, ani praktyczne, gdy widzimy kurz i odciski palców. Brakuje trochę podłokietnika, ale w tej klasie aut można to wybaczyć. Prosta obsługa to atut Suzuki – ekranowi dotykowemu towarzyszą duże przyciski do obsługi oczywistych funkcji. Jednak sam ekran dotykowy – nie imponuje jakością.

Największe rozczarowanie?

Fotele. To niestety najsłabszy element tego auta. I nie chodzi nawet o to, że są zbyt wąskie i preferują raczej azjatyckie, drobne postury. Niestety gąbka z jakiej są wykonane, która wygina się na wszystkie strony, to nieporozumienie. Tapicerka też raczej do wyszukanych nie należy. A mamy do czynienia z topową odmianą. Tę „plamę” zmyje zapewne dopiero odmiana Sport .

Swift ma styl i charakter.

A to ważne w dzisiejszych czasach. Design? Podoba mi się przód i oryginalna linia boczna. Ale tył to już nie moja bajka. Tylne drzwi otwiera się klamką ukrytą w słupku – stary patent na pseudo-coupe, ale to mało praktyczne rozwiązanie, gdy drzwi próbuje otworzyć dziecko.

Za charakter i wyposażenie Suzuki każe sobie jednak sporo płacić. Topowa wersja Elegance, która zachwyca pod względem wyposażenia, wyceniona została na 74,9 tys. zł. I tylko częściowo tłumaczy tę kwotę standardowa przekładnia automatyczna czy system nawigacji. Rezygnując z tych dwóch udogodnień oraz kilku innych detali, jak bezkluczykowy system, zaawansowane opcje z zakresu bezpieczeństwa, czy automatyczna klimatyzacja, cena spada do 60,4 tys. zł (Premium Plus). Rezygnując z mocnego, litrowego wariantu silnika na rzecz bardziej tradycyjnego motoru o pojemności 1.2l i mocy 90 KM oszczędzimy kolejne 10 tys. zł. Ale wtedy stracimy główny atut – świetnie brzmiącej i dynamicznej jednostki napędowej.

Tekst i zdjęcia: Rafał Pazura

Tagi: , , , , ,