Z wiatrem we włosach – Lexus IS 250C (TEST)

avatar
Aleksander Pławski
21 czerwca 2012

Jeżeli kochasz kabriolety, lubisz być oryginalny, nie przepadasz za niemieckimi markami i dysponujesz grubym portfelem, Lexus IS 250 C może być propozycją właśnie dla Ciebie. Przez 7 dni i ponad 800 kilometrów przebytych po różnych drogach sprawdzamy, czy ten tylnonapędowy kabriolet jest wart swoich pieniędzy.

Zacznijmy od serca. Jednostka napędowa testowanej wersji to znany nam już dobrze ze „zwykłego” IS-a, niezwykle udany motor benzynowy o pojemności 2,5 litra i mocy 208 koni mechanicznych. Jego 252 Nm maksymalnego momentu obrotowego osiągane przy 4800 obr./min gwarantują dobre osiągi, ale przede wszystkim silnik ten odznacza się wyjątkową kulturą pracy. Podczas pracy na biegu jałowym praktycznie go nie słychać, a kręcenie go w górne rejestry obrotów powoduje fantastyczne doznania słuchowe. To jeden z najlepszych silników benzynowych, z jakimi miałem do czynienia.

Oczywiście znajdą się zaraz tacy, którzy zarzucą mu słaby „dół” i pewnie będą mieli trochę racji, ale trzeba pamiętać, że mamy tu do czynienia z czystą, żywą mocą, osiąganą bez pomocy kompresora czy turbosprężarki. Przyspieszenie od zera do setki trwa równe 9 sekund. Chciałoby się urwać z tego choć sekundę, ale przy masie własnej ponad 1700 kilogramów cudów nie należy się spodziewać.

Z silnikiem bardzo dobrze współpracuje automatyczna, sześciostopniowa skrzynia biegów. Poszczególne przełożenia zmienia płynnie i na czas, dobrze sprawując się tak przy spokojnej, jak i przy bardziej agresywnej jeździe (przełączamy ją wtedy na opcję PWR). To trwała i sprawdzona konstrukcja, obecna w modelu IS od początku produkcji.

Kabina IS 250C jest skrojona na miarę. Solidnie wykończone wnętrze i bardzo dobra ergonomia sprawiają, że od razu ma się ochotę ruszyć w drogę. Jasna, skórzana tapicerka i wygodne fotele dopełniają uczucia luksusu. Ustawiam elektrycznie regulowany fotel z pamięcią ustawień do odpowiedniej pozycji i robię to samo z kierownicą (również regulowaną elektrycznie). Zegary przede mną są proste, czytelne i piękne w formie. Żadnych udziwnień, wszędzie króluje prostota i elegancja. Pozycja za „kółkiem” jest bardzo dobra, jedynie siedzenie mogłoby być osadzone trochę niżej.

Lexus-IS-1

Wyposażenie testowanego egzemplarza jest kompletne: na jego pokładzie znajdziemy m.in. dwustrefową, automatyczną klimatyzację, system nawigacji satelitarnej z dużym, kolorowym wyświetlaczem, świetny system audio firmowany przez Mark Levinson, pełną „elektrykę” foteli, szyb i lusterek, reflektory ksenonowe, podgrzewane i wentylowane fotele przednie itd., itp…

W drogę

Opieram prawą rękę na podłokietniku i przełączam lewarek automatycznej skrzyni biegów w pozycję „D”. Mogę też zmieniać biegi ręcznie lub przy pomocy gustownych, bardzo miłych w dotyku manetek przy kierownicy, ale wiem, że i tak „automat” sam zrobi to najlepiej, a ja nie będę musiał myśleć, które przełożenie w danym momencie będzie optymalne. Cóż, z wiekiem człowiek pragnie wygód.

W ciągu kilkunastu sekund otwieram dach i próbuję udawać przed samym sobą, że jest już ciepło i że mogę sobie pozwolić na jazdę „topless”. Niestety po przebytych w ten sposób kilku kilometrach okazuje się, że wiatr jest jeszcze na tyle zimny i silny, że jazda z otwartym nadwoziem grozi poważnym zaziębieniem. Wśród znajomych mam co prawda zagorzałych fanów cabrio, potrafiących korzystać z uroku tego typu nadwozia przy jeszcze niższych temperaturach otoczenia, ale sam czerpię z tego radość dopiero w naprawdę upalne dni. Dlatego już po chwili podróżuję dalej gustownie wyglądającym coupe, które równie skutecznie co kabriolet, zwraca na siebie uwagę innych kierowców.

Te kilka kilometrów bez dachu pozwala mi jednak przekonać się, że auto jest dobrze usztywnione i że nawet szybka jazda po nierównych łukach nie powoduje nieprzyjemnego „gniecenia się” podwozia. To samo na wertepach, gdzie najszybciej można przekonać się, czy dany kabriolet jest solidną konstrukcją. Lexus nie daje powodów do narzekań z jednym wyjątkiem. Otóż z okolic bagażnika na nierównych drogach do uszu pasażerów często dochodzą nieprzyjemne odgłosy trzeszczenia plastików (bez względu na to, czy podróżujemy z dachem, czy bez). Poprawianie ruchomych elementów w przestrzeni bagażowej na niewiele się zdaje. Chyba po prostu ten typ tak ma. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że te niemiłe odgłosy pojawiają się tylko w czasie jazdy po naprawdę nierównych drogach. Do tego nie są szczególnie drażniące. Tak czy owak, w takiej klasie aut nie powinno to mieć miejsca.

Po kilku kolejnych kilometrach nabieram ochoty na dłuższą trasę. Szyta na miarę kabina otula swoimi kształtami, powodując, że kierowca doznaje poczucia bezpieczeństwa. Pobliska droga ekspresowa pozwala na nieco szybszą jazdę i od razu szerszy uśmiech gości na mojej twarzy.

Lexus-IS-2

Ostre łuki i równy asfalt to środowisko naturalne tego Lexusa. Dobre wyważenie, tylny napęd i wystarczająco precyzyjny układ kierowniczy sprawiają, że autem chce się jechać coraz szybciej. Bardzo dobra izolacja kabiny od odgłosów z zewnątrz sprawia, że łatwo o przekroczenie dozwolonej prędkości. No i ten pomruk V6…

W takich warunkach o mandat nietrudno. Zjeżdżam więc z trasy na szutrową drogę by przekonać się, jak IS C tłumi nierówności nawierzchni. Okazuje się, że pozornie twarde zawieszenie Lexusa jest sprytnie zestrojone i mimo niskoprofilowych opon, dobrze radzi sobie z filtrowaniem górek, dołków i wykrotów. Gdyby nie niemiłe odgłosy z bagażnika, komfort podróży byłby na medal.

Średnie spalanie z całego testu to 12,5 litra na 100 kilometrów. Niemało. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że większość trasy auto przejechało w zakorkowanym mieście, a pedał gazu nie był traktowany ulgowo powoduje, że ten wynik wcale nie jest przerażający. Poza tym umówmy się – kto kupujący dla przyjemności kabriolet za prawie 300.000 złotych będzie dokładnie wyliczał te litry paliwa? IS 250C można jednak nabyć sporo taniej. Cennik otwiera wersja Elegance za niecałe 240.000. Testowane auto to topowa odmiana Sport – ze wszystkim, czego dusza zapragnie.

Jest taki film, który nosi tytuł „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Parafrazując ten tytuł, test można by podsumować jednym prostym zdaniem: „To nie jest auto dla biednych ludzi”. Dla większości z nas 300.000 złotych na auto to astronomiczna kwota. Życzę więc nam, wszystkim fanom motoryzacji, żeby każdy z nas mógł sobie kiedyś pozwolić na takie auto. I to jako trzecie w rodzinie, kupione wyłącznie dla przyjemności z jazdy. Bo ona jest po prostu bezcenna.

Aleksander Pławski

Tagi: , , , , , , , , , ,

Jedna myśl nt. „Z wiatrem we włosach – Lexus IS 250C (TEST)

  1. avatarOjciec

    Czytam tekst pana Aleksandra i wszystko wiadomo!
    Ponadto nastrojowe zdjęcia z chmurami i niemal z lotu ptaka – ogląda się z przyjemnością.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *