Lexus ES 300h F SPORT – TEST

avatar
Aleksander Pławski
25 sierpnia 2019

Już dawno nie miałem tak mieszanych uczuć w stosunku do testowanego auta, jak w przypadku Lexusa ES 300h. Model, który zastępuje GS-a, nie będzie miał łatwego zadania. Tym bardziej, że ma przedni napęd, a na naszym rynku dostępny jest jedynie w wersji hybrydowej. I jak na ten segment – niezbyt mocnej.

Testowane auto można kupić w 4 poziomach wyposażenia: Elegance, F SPORT, Prestige oraz najdroższym i najbogatszym – Omotenashi. W moje ręce trafił egzemplarz w specyfikacji F SPORT. Niestety nie oznacza to wcale, że pod jego maską pracuje mocny silnik. Jak już wspomniałem, jedyną opcją dostępną na polskim rynku jest 218-konna hybryda, czyli połączenie 2-litrowego, 178-konnego benzyniaka ze 120-konnym silnikiem elektrycznym. Do tego oczywiście automatyczna, bezstopniowa skrzynia biegów e-CVT.

Ale wracając do poziomu wyposażenia F SPORT – to pokrótce: zewnętrzny i wewnętrzny pakiet stylistyczny, lepsze fotele, możliwość wyboru spośród 4 (zamiast standardowych 3) trybów jazdy oraz adaptacyjne zawieszenie AVS. Testowane auto wyróżnia się także dość rzucającym się w oczy, niebieskim lakierem Sapphire Blue, dedykowanym tylko dla wersji F SPORT.

Jeśli chodzi o wygląd Lexusa ES, to – jak to ostatnio wszyscy piszą – auto może się podobać. Podoba się więc i mi, ale umiarkowanie. Zależy, z której strony na nie spojrzę. Najbardziej lubię chyba jego agresywny, mocno kontrowersyjny przód. Wiem, wiem – grill wersji F SPORT ma pewnie podobne rozmiary do tego w BMW X7, ale tutaj mimo wszystko jakoś to pasuje.

Tył natomiast przywodzi mi na myśl skrzyżowanie kilku marek na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Takie „random puzzle”, w dodatku „cięte na ostro”. Profil – ujdzie. Ot, taki „limo – klasyk” z zaostrzonym przodem. W sumie całość dość odważna i dynamiczna, można powiedzieć, że samurajska. Dobrze przy tym wszystkim wyglądają akuratne, 19-calowe koła na eleganckich felgach. Ale co ja tam wiem? Lepiej popatrzcie na zdjęcia i oceńcie go sami.

To jak on jeździ?

No niestety – wcale nie tak samo ostro, jak wygląda. Nie znaczy to jednak, że źle. Lexus ES 300h to ewidentnie propozycja dla tych, którzy preferują cichą, komfortową i spokojną jazdę. I nie pomoże tutaj przestawienie parametrów jazdy w tryb Sport, czy nawet Sport+. Nawet wtedy niewiele się tu dzieje . OK, może jest nieco głośniej, ale to zupełnie bez sensu przy charakterze tej limuzyny. 

A charakter ES-a jest po prostu spokojny – ten samochód aż prosi się o delikatne traktowanie. W mieście odwdzięczy się wtedy niemal bezszelestną jazdą, bez absolutnie żadnych szarpnięć (to zasługa e-CVT) i niskim zużyciem paliwa. W długiej trasie natomiast udowodni, że komfort i cisza to jego najmocniejsze atuty. No chyba, że zechcemy posłuchać świetnie grającego (opcjonalnego) audio firmowanego jak zwykle u Lexusa przez firmę Mark Levinson. Wtedy polecam podkręcić volume w górne rejestry. Niżej brzmi dość zwyczajnie.

Samo prowadzenie jest dobre, układ kierowniczy nawet dość sztywny jak na tę markę (wyłączając ten rewelacyjnie zestrojony w modelu LC500h), ale mimo wszystko nieco ospały w reakcjach i miejscami dość sztuczny. Ok, czepiam się może, ale czegoś mi tutaj zabrakło. Tak samo, jak ikry w napędzie.

I tutaj znowu mam dylemat – bo sam nie wiem, czy mam prawo narzekać na dynamikę testowanego auta. Oczywiście, ES nie jest on mistrzem sprintu do pierwszej setki (notabene drugiej nawet nie osiąga), bo 8,9 sekundy to wynik w tej klasie raczej przeciętny. Jednak same reakcje na gaz są, jak na hybrydę, bardzo spontaniczne a elastyczność przy wyższych prędkościach więcej niż wystarczająca. Autostradowa szybkość w Polsce to dla testowanego Lexusa żaden wyczyn. On wręcz to kocha. Sunie sobie wtedy majestatycznie „w ciszy napędu”, a do uszu pasażerów dochodzą jedynie szumy toczenia sporych jakby nie było, opon.

Nie myszkuje po drodze, a z napotkanymi nierównościami nawierzchni radzi sobie całkiem dobrze. Również w zakrętach prowadzi się dość neutralnie, choć łatwo wyczuć jego ciężar. Koledzy z Niemiec mówili, że kiedy przy licznikowych 184 km/h system mówi „Stop przeciążeniom układu hybrydowego – koniec przyspieszania” – w kabinie wciąż można swobodnie rozmawiać, a kierowca czuje, że zespół napedowy pcha to auto dalej bez większego wysiłku. Czy wymagać więc czegoś więcej od takiej limuzyny?

Przedział pasażerski – jak to u Lexusa – wykończony jest bardzo, ale to bardzo starannie. Materiały w ogromnej większości są przyjemnie miękkie i wszystko robi tutaj dobre wrażenie. Tak zwana „jakość odczuwalna” stoi na wysokim poziomie, a japoński producent dba o to, by właściciel czuł, na co wydał przeszło ćwierć miliona złotych.

Szkoda tylko, że Lexus wciąż nie poprawił multimediów. To znaczy poprawił – zamiast beznadziejnego joysticka, mamy teraz nieco mniej beznadziejny gładzik. Teoretycznie powinno być teraz znacznie lepiej, ale w praktyce tak nie jest. Nadal podczas jazdy trudno jest trafić w odpowiedni punkt na ekranie. I to bez zależności od nastawionego stopnia interakcji tego ustrojstwa. Nie zachwyca (to i tak delikatne określenie) również grafika nawigacji. Lexusie, pobudka, te czasy już dawno minęły!

Na niewątpliwy plus można za to zaliczyć fotele wersji F SPORT. Są odpowiednio obszerne, bardzo wygodne i nie męczą nawet na dłuższej trasie. A wiem, co mówię, ponieważ jednego dnia zrobiłem około 400-kilometrową trasę i nic mnie nie bolało. A powinno.

Również tylna kanapa jest wygodna dla dwójki dorosłych osób. Nie będą narzekać ani na miejsce na nogi, ani na boki. Niestety, opadająca ku dołowi linia dachu poskutkowała mniejszą ilością miejsca nad głowami podróżujących z tyłu. Wyższe osoby mogą więc mieć kłopot w postaci szurania głową po suficie i przyprawiania sobie w ten sposób łysiny. No cóż, jak widać – nie można mieć wszystkiego.

Lexus ES 300h zaskakuje natomiast wielkością bagażnika. Nie dysponuję niestety odpowiednimi narzędziami do zmierzenia litrażu przestrzeni ładunkowej testowanego auta, ale „na oko” bagażnik ma sporo więcej, niż katalogowe 454 litry, mierzone według VDA. Wadą są natomiast zawiasy wnikające do wnętrza, oraz fakt, że nie można tu złożyć oparć tylnej kapany. Co najwyżej możemy się ratować otworem do przewożenia nart. Ale on nie posłuży raczej do niczego innego. No dobrze, dzięki niemu możemy również przewieźć japońską limuzyną karnisz do zasłonek.

Przez tydzień przejechałem ES-em ponad 1200 kilometrów. Z Warszawy a okolice Augustowa pojechałem spokojnie, mniej uczęszczanymi, a bardziej widokowymi trasami. Pokręciłem się sporo na miejscu, po czym wróciłem już dosyć szybko, korzystając głównie z drogi ekspresowej.

Byłem przekonany, że taki styl jazdy poskutkuje zużyciem paliwa w okolicach 9-10 litrów. Jednak okazało się, że mocno nie doceniłem tego układu napędowego. Okazało się bowiem, że średnia z całego testu to 7,1 litra na każde 100 kilometrów. Biorąc pod uwagę, że poza spokojną trasą w jedną stronę, reszta pokonanego dystansu „jeżdżona była” raczej dynamicznie, wynik ten należy uznać za rewelacyjny.

Tak, wiem i zdaję sobie sprawę,  że nowoczesne diesle pod względem spalania i osiągów pewnie w niczym nie ustępują temu Lexusowi. Jednak układ hybrydowy w testowanym aucie zapracował na duży szacunek.

Koniecznie trzeba również podkreślić, że nastąpiła tu duża zmiana na plus w kwestii sposobu pracy tak nie lubianej przez wielu kierowców, skrzyni e-CVT. W najnowszej odsłonie nie daje się już tak we znaki, nawet przy stosunkowo dynamicznej jeździe. Nie twierdzę, że teraz jest idealnie, ale odnosząc się do poprzednich tego typu konstrukcji, którymi miałem okazje powozić, rzeczywiście nastąpiła duża zmiana na plus. Jest wyraźnie ciszej, a silnik nie wylatuje z ram przy każdym nieco mocniejszym wciśnięciu pedału gazu. Gratulacje!

Już standardowe wyposażenie wersji F SPORT jest bogate, a testowany egzemplarz był jeszcze doposażony w dwa pakiety – Touch i Techno za odpowiednio 10.000 zło i 17.000 zł. Na jego pokładzie znalazły się takie elementy wyposażenia, jak m.in. adaptacyjne zawieszenie o zmiennej sztywności, elektrycznie zamykana i otwierana klapa bagażnika ruchem nogi, system audio Mark Levinson z odtwarzaczem DVD i 17-stoma głośnikami, bezprzewodowa ładowarka czy Head Up Display.

Warto również wspomnieć o pamięci ustawienia kolumny kierownicy i foteli, podgrzewanej kierownicy, czy światłach przednich 3-LED. O takich oczywistościach jak dwustrefowa, automatyczna klimatyzacja, komplecie poduszek i systemów bezpieczeństwa czy „pełnej” elektryce szyb i lusterek zewnętrzych już nie wspominam. Taka „zabawa”, wraz ze wspomnianym lakierem metalicznym Sapphire Blue kosztuje 282.400 zł. Jak na takie auto – ani to dużo ani mało.

Podsumowując ten wspólnie spędzony tydzień i ponad 1200 przejechanych kilometrów, naprawdę ciężko mi jednoznacznie ocenić ten samochód. Myślę sobie, że znajdzie on tyluż zwolenników co hejterów. Na pewno nie jest standardową propozycją dla każdego. Potencjalny nabywca musi mieć sporo odwagi w przełamywaniu stereotypów. Wskazany jest tu indywidualista, który za nic będzie miał krytykę w stylu „Chłopie, tyle hajsu i tylko 2 litry pod maską?” 

Z jednej strony Lexus ES 300h to świetnie wykończone, wygodne, ciche i bardzo komfortowe oraz oszczędne auto. Z drugiej jednak – przynajmniej w mojej opinii – brakuje mu „tego czegoś” i nie jestem przekonany, czy w sytuacji, kiedy dysponowałbym odpowiednim budżetem, wybrałbym właśnie ES-a?

Wiem natomiast jedno – gdybym tylko miał taki wybór, zdecydowanie wybrałbym model GS450h. Z tylnym napędem i takimi osiągami to zupełnie inna hybrydowa bajka. Ale takiego auta, przynajmniej fabrycznie nowego, już nigdy nie kupimy…

Aleksander Pławski

PS podziękowania dla Michała Śniadka za zdjęcia bagażnika!

Tagi: , , , , , , , , , ,