Lexus LC500h Superturismo – TEST

avatar
Aleksander Pławski
15 maja 2019

Są na tym świecie samochody, obok których nie da się przejść obojętnie. Takie, na widok których od razu masz ochotę trafić szóstkę w Lotto i spełnić swoje motoryzacyjne marzenia. Też tak macie, prawda? Mam i ja. Ale nigdy nie przypuszczałem, że obiektem moich westchnień będzie hybryda.

Oczywiście testowany Lexus LC500 występuje również w czysto-krwistej wersji napędzanej „jedynym słusznym” paliwem. Benzynowy, wolnossący (a jakże!) silnik V8 to obecnie gatunek na wymarciu. Z 5-ciu litrów pojemności generuje 464 konie mechaniczne, chwali się maksymalnym momentem obrotowym 540 Nm przy 4.800 obr./min. a pierwszą setkę robi w 4,7 sekundy. Prędkość maksymalna to według danych katalogowych 270 km/h. Brzmi dobrze, nieprawdaż?

No to dla odmiany przyjrzyjmy się parametrom wersji hybrydowej, którą przyszło mi przetestować. Pojemność jednostki benzynowej to 3.5 litra. Moc – 299 koni mechanicznych, a maksymalny moment to 348 Nm przy 4.900 obr.min. Do tego dochodzi silnik elektryczny o mocy 179 KM i momencie 300 Nm dostępnym „od zera”. Niestety to nie jest tak, że te parametry można po prostu zsumować. Dlatego producent podaje łączną maksymalną moc systemową na poziomie 359 KM.

Za to momentu nie podaje wcale – ponoć jest niepoliczalny. Osiągi? bardzo proszę – równe 5 sekund do 100 km/h i 250 km/h prędkości maksymalnej, ograniczonej elektronicznie. Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości dotyczące wrażeń z jazdy LC500h? Elastyczność? O, panie kochany, żeby każda mocna benzyna taką miała… Brzmienie? W środku auta – bardzo miłe, nienachalne, acz sportowe, adekwatne do sporego silnika benzynowego V6. A na zewnątrz? Nieco „bezjajeczne”, ale kogo to obchodzi? Ciekawe tylko, skąd taka różnica, prawda?

Za największą wadę hybryd Toyoty, a co za tym idzie – naturalnie również Lexusa – wielu kierowców uważa specyficzną pracę bezstopniowej skrzyni biegów. W modelu LC500h wreszcie jest inaczej. I to ku mojej uciesze – zupełnie inaczej! Producent zastosował tutaj nowe rozwiązanie, nazwane Multi Stage Hybrid System, które w dużym uproszczeniu polega na połączeniu tradycyjnej skrzyni automatycznej z bezstopniową.

Dość powiedzieć, że łącznie do naszej dyspozycji jest aż 10 biegów. Przy kierownicy są nawet łopatki do manualnej zmiany przełożeń i co ważne – działają bez irytującego opóźnienia. Jednak moim zdaniem do zwykłej, nawet bardzo dynamicznej jazdy wystarczy tryb D, w razie potrzeby „doładowany” jeszcze zmianą ustawień na Sport, czy Sport+. To niewiarogodne, jak pięknie to wszystko ze sobą współpracuje. Oczywiście zdarzają się sytuacje, w których bardziej doświadczony kierowca wyczuje, że nie prowadzi auta z tradycyjnym automatem, ale i tak praca tej skrzyni jest o niebo lub nawet dwa, lepsza od zwykłej e-CVT. Wielkie brawa dla japońskich inżynierów!

Kolejne należą się za sposób prowadzenia tego wielkiego i nielekkiego przecież coupe. Przejechałem testowanym egzemplarzem ponad 1600 kilometrów, głównie po malowniczych, równych ale i dość krętych drogach w okolicach Augustowa, Mikołajek czy Sejn. Każdego dnia wciąż było mi mało! Warto wspomnieć, że testowana wersja – Superturismo – wyposażona jest w układ 4 skrętnych kół – Lexus Dynamic Handling, który naprawdę „robi robotę”, czyniąc z LC500h auto wrażeniowo dużo lżejsze, niż jest naprawdę (około 2 ton).

Mamy tutaj również prawdziwy mechanizm różnicowy o zwiększonym tarciu (typu Torsen) i układ kierowniczy o zmiennym przełożeniu. Miałem przyjemność jeździć niemal wszystkimi modelami Lexusa, ale tak dobrym prowadzeniem nie mógł pochwalić się żaden z nich. To, jak jeździ LC500h to po prostu bajka.

Co ciekawe, mimo, umówmy się, dość konkretnego w charakterze zawieszenia i ogromnych, 21-calowych kół z niskoprofilowymi oponami, ta sportowa hybryda daje nam zaskakująco dużo komfortu. Nie wiem, ilu ludzi i przez ile czasu pracowało nad nastawami tego zawieszenia, ale efekt jest moim skromnym zdaniem po prostu piorunujący! Plomby nie wypadają, kręgi również, a samochód trzyma się drogi, niczym przyklejony. I w każdy kolejny zakręt wchodzi dokładnie tak, jak sobie tego życzy kierowca. A jeśli się przesadzi – systemy bezpieczeństwa sprawnie zrobią swoje. Oczywiście w granicach rozsądku – bo na głupotę i brawurę nie pomogą nawet najlepsze i najnowocześniejsze rozwiązania.

Cóż rzec o kabinie? Pasuje to całokształtu – doskonale wykończona, ze świetnymi siedzeniami i dobrze zaprojektowana pod względem ergonomii. Materiały oczywiście z najwyższej półki. Spasowanie wszystkiego – wzorowe. To jest po prostu inny, kosmiczny poziom dbałości o każdy szczegół wnętrza. Do tego topowe, 13-głośnikowe audio marki Mark Levinson gra tak, że mimowolnie przekręcasz gałkę głośności coraz bardziej w prawo, by usłyszeć jeszcze więcej instrumentów i niuansów, o których istnieniu w normalnych warunkach byś się nawet nie dowiedział.

Tak, wiem, to wszystko brzmi tak, jakbym pierwszy raz w życiu przejechał się lepszym, szybszym i lepiej wykończonym autem, niż inne. I cieszył się nim jak dziecko, które pod choinkę dostało wyczekaną, wymarzoną zabawkę i nie dostrzega jej wad. No i pewnie trochę tak jest, bo już dawno żaden samochód nie zrobił na mnie takiego wrażenia. I wcale nie jestem pewien, czy mając odpowiednio gruby portfel, zamiast wersji V8 ze skądinąd absolutnie fantastycznym motorem, nie wybrałbym właśnie hybrydy. Osiągi są niemal te same, a LC500h jest jednak wyraźnie cichszy i przez to bardziej komfortowy.

Dodatkowo – dzięki 82-litrowemu zbiornikowi paliwa i niebywale niskim spalaniu – ma także imponujący zasięg. Realne spalanie? Ciężko w nie uwierzyć – średnie z całego mojego testu to wynik 10,3 litra/100km. A uwierzcie mi, nie była to wcale „jazda o kropelce”. Oczywiście nie było bezmyślnego „upalania” ale powiedzmy, że nie raz, nie dwa – wykorzystywałem aktywnie cudowną wręcz dynamikę tego auta.

Czyli pomijając cenę (ponad 600 tysięcy za testowaną wersję), LC500h Superturismo to auto bez wad? Nie. Bo takie auta nie istnieją.

Po pierwsze – bagażnik. Bo co można upakować w 172 litry przestrzeni bagażowej? Powiecie, że w tego typu aucie więcej nie potrzeba. A ja się nie zgodzę. Bo chętnie pojechałbym tym Lexusem w podróż po Europie wraz z małżonką. I gdzie zabrać bagaże? Ok, część można umieścić na tylnych siedzeniach – na nich i tak nikt oprócz naprawdę małych dzieci nie usiądzie. Tylko chyba nie o to tutaj chodzi, żeby każdy, kto podejdzie do auta na parkingu (a podchodzi naprawdę wielu) widział, co jest w środku?

Po drugie – nawigacja i obsługa systemu info-rozrywki. Nie wdając się w szczegóły – w 2019 roku coś działającego w taki spoób, z taką grafiką i fatalnym gładzikiem, to wstyd. Szczególnie w samochodzie za takie pieniądze. 

Jak pewnie wielu z Was zauważyło – ani słowem nie wspomniałem o wyglądzie testowanego auta. Nie mam w zwyczaju rozpisywać się o rzeczach, których nie umiem nazywać. Poza tym od tego są zdjęcia. No i odwieczna dyskusja o gustach i guścikach.

Powiem więc tylko jedno – Lexus LC500h to moim zdaniem jedno z najpiękniejszych współczesnych aut na świecie. I na pewno najpiękniejszy samochód, jaki dotychczas prowadziłem. Do końca testu nie mogłem się nań napatrzyć. I marzyłem, żeby go zostawić na swoim podjeździe.

Podsumowując tę przepiękną przygodę, trzeba oddać Japończykom, że stworzyli coś naprawdę wyjątkowego. Przepiękne, rasowe, nowoczesne i bardzo zaawansowane technicznie GT, którego wady są niczym wobec wszystkich zalet. To moja pierwsza hybryda, z której naprawdę nie chciałem wysiadać. 

Aleksander Pławski

Tagi: , , , , , , , , , ,